niedziela, 5 kwietnia 2015

Rozdział 7

Leżałam nieruchomo. Ciągle miałam zamknięte oczy. Czułam się jakbym była głucha. Słyszałam tylko.. nic. Przytłaczała mnie ta głucha cisza, ale nic nie mogłam zrobić. Jedyne co mogłam zrobić, to spróbować wyrzucić to wszystko z siebie, poprzez spokój. Nagle poczułam ból. Ten sam co przed szkołą. Moja skroń pulsowała, coraz mocniej i mocniej, coraz szybciej i szybciej. Bolało. Tak cholernie mocno bolało, ale moja mina nadal nie dawała oznak cierpienia. Kiedy powoli to wszystko zaczęło ustępować, mogłam nareszcie się poruszać. Otworzyłam oczy i zerwałam się z łóżka. Nie wiedziałam co się stało, byłam w mocnym szoku. Wokół mnie było mnóstwo poplątanych kabelków. Rozejrzałam się po białym pokoju. Wszędzie była biel i turkusowa zieleń. Płytki naprzeciw mnie odbijały moją twarz. Kiedy zorientowałam się, że jestem w szpitalu w mojej głowie narodziło się milion pytań.
- Co się stało, dlaczego tu jestem, jak to się stało, kiedy, ile tu jestem?
Nagle do mojej sali weszła jakaś kobieta. Była ubrana w biały sweter, czarne spodnie i granatowe szpilki. Na ramionach miała powieszony biały fartuch z plakietką.
- O już się Pani obudziła. - powiedziała uśmiechnięta kobieta.
- Dzień dobry. - odpowiedziałam cicho.
- Jak długo tu jestem? - zapytałam niepewnie.
- Zaledwie dwa dni. - odparła spokojnie.
- Jak to czy leżałam tutaj dwa dni!? Jak to możliwe co mi jest? Dlaczego pani się uśmiecha i mi nie odpowiada! Zaraz chwila.. Czy ja zadaje te pytania tylko w myślach. Dżizas.. - pomyślałam.
- Wszystko dobrze? - zapytała lekko zdziwiona pani doktor.
- Tak. Przepraszam, zamyśliłam się. Co się stało, że tutaj trafiłam?
- Zemdlała pani i walnęła głową w krawężnik. Nie znamy jeszcze, niestety dokładnej przyczyny zasłabnięcia. Proszę się nie martwić i odpoczywać.
- Dobrze, a mogę się dowiedzieć jaki mamy dzisiaj dzień?
-  31 września. A i jeszcze jedna sprawa. Ktoś jest przed drzwiami, zawołać tego "ktosia"?
- Pewnie moi rodzice, niech wejdą. - powiedziałam kładąc się bezsilnie na łóżku.
- Nie możliwe, pani rodzice poszli 15 minut temu i wrócą po południu. A zresztą to jest jakiś 16- latek. Zawołać?
- To pewnie Jasiek, wpuść go! - krzyczała moja podświadomość.
- Tak, jeśli by pani mogła.
Rudowłosa kobieta w koku, wyszła i poprosiła chłopaka, aby wszedł. Ale tylko na chwile, bo muszę odpoczywać. Widziałam zza szyby jak Janek przytaknął jej i otworzył drzwi.
- Cześć, Kruszynko! - powiedział z uśmiechem.
- Cześć. - odpowiedziałam.
- Jak się czujesz, już lepiej? - mówił, wysuwając stołek z pod łóżka.
- Tak.
- Bardzo się martwiłem. - oparł, z troską w oczach.
Siedzieliśmy w ciszy, tak jak tego dnia w moim domu.
- Przytulisz mnie? - powiedziałam szybko, aby przerwać milczenie.
Lekko zdziwiony Jasio, nachylił się nade mną i siadając na szpitalnym łóżku, wziął mnie w objęcia. Wiem, że się powtarzam, ale to było tak cholernie przyjemne. Przypominając sobie ból, który nie dawno przeżywałam zaczęłam płakać. On przytulił mnie jeszcze mocniej, złapał za rękę, mówiąc:
- Nie płacz, Emilko. Nie płacz. Już jest dobrze, jestem tu. - słysząc te słowa, przestałam płakać. Oddaliłam się od niego, ale nadal trzymałam go za rękę. On patrzył w moje oszklone, od płaczu oczy puścił moją kończynę i złapał mnie swoimi dłońmi za moje policzki. Wytarł ostatnią łzę spływającą po nim. Patrzyłam na niego z drżącą wargą, której nie mogłam uspokoić. Nie mogliśmy oderwać od siebie wzroku. Nasze usta przybliżały się niepostrzeganie. Kiedy zobaczyłam, że są naprawdę blisko, odsunęłam się od niego. Nie mogłam tego zrobić. Chociaż bardzo tego pragnęłam, miałam taką wewnętrzną blokadę, która nie pozwoliła mi nic więcej zrobić. Oboje nie wiedząc co mamy zrobić, zdenerwowani i zakłopotani jednocześnie, złapaliśmy się za głowy.
- Przepraszam, nie powinienem. - powiedział przestraszony.
- Nic się nie stało. Po prostu.. - przerwał mi kładąc kciuka na moje usta.
- Nie musisz się tłumaczyć. - schyliłam głowę na jego słowa.
- Zimno mi trochę. - powiedziałam, czując nieprzyjemny dreszcz chłodu.
- Czekaj, zaraz dam Ci kocyk. Tylko muszę, go po-szu-kać. - podzielił ostatnie słowo na sylaby.
Zaczął grzebać we wszystkich torbach jakie miałam w pokoju. Zrezygnowany po szukaniu w ostatniej torbie, popatrzył na mnie zażenowany. Widząc, że zdążyłam już okryć się kołdrą, zaczął się śmiać. Weszli moi rodzice. Jasiek lekko się spiął cała tą sytuacją.
- Dzień.. dzień.. dzień dobry Pani. Znaczy Panu. Znaczy Państwu. - zaczęłam chichrać się pod kołdrą.
Rodzice byli lekko zdezorientowani. Przerwałam tą niezręczną sytuację.
- Hejka! Mamo, tato to jest Jaś. Mój przyjaciel.
- Cześć córciu! Witaj Janie! Zaraz wrócimy, idziemy do gabinetu Pani Morawińskiej.
- Dobrze. - usłyszałam zamykające się drzwi.
Jasiek usiadł na "moim" łóżku.
- Od kiedy awansowałem na stanowisko przyjaciela. - zapytał.
- Od kiedy stałam się Twoją, Kruszynką. - odpowiedziałam z chytrym uśmieszkiem na twarzy.
Nagle do sali weszli moi bladzi rodzice z kobietą w białym sweterku.
- Możesz Jasiu wyjść na chwilę? - powiedziała moja mama.
- Niech zostanie. - odparłam trzymając chłopaka mocno za rękę.
- Dobrze, ale lepiej usiądź. - zacisnęła usta pani doktor.

2 komentarze: