Perspektywa Emilii
Śmiał się. Śmiał się, patrząc głęboko, w moje lśniące od łez, oczy. Biedny chłopak, chory psychicznie. Lubił męczyć kobiety, tak samo naiwne jak ja. Sprawiało mu to przyjemność. Uśmiechał się z zadowoleniem wymalowanym na twarzy, za każdym razem kiedy krzywdził mnie poprzez cięcie mojej skóry lub po prostu kiedy zadawał cios gołą pięścią. Nadal widziałam przed oczami to samo, każdej cholernej nocy. Dlatego tak bardzo nie chciałam zasypiać, bojąc się, że kiedy usnę, od razu przede mną pojawi się on. Człowiek, który mnie skrzywdził psychicznie i fizycznie. Wyobrażałam sobie co mógł zrobić jeszcze, lub co zrobił, albo ile było kobiet było wcześniej na moim miejscu. To na pewno nie pomagało w zapomnieniu. To tylko dawało poczucie, że mogło być gorzej. Że ktoś mógł mieć gorzej. Tylko na co mi to, że ktoś ma gorzej? Jakie to ma znaczenie, jeżeli czułam się jak gówno. Nic nie warte gówno.
Tak samo było i tej nocy. Może nie miałam jakiś smętnych koszmarów, ale jednak płakałam, bez jakiegoś konkretnego powodu.
- Nie płacz. - ktoś złapał mnie za rękę, przyciągając do swojej klatki piersiowej.
To sprawiło, że uspokoiłam się automatycznie, słysząc ten głos. Nie umiałam określić, do kogo należał, ale dawał mi ukojenie, którego w tamtej chwili tak bardzo potrzebowałam.
- Wszystko jest już na swoim miejscu. - dalej mnie uspokajał, choć czuł, że jest już ze mną na tyle dobrze, by mógł mnie puścić.
- Połóż się, jesteś zmęczona. - odłożył mnie delikatnie na łóżku. Obchodził się ze mną jak z porcelanową laleczkę, która zaraz miała upaść i rozbić się na tysiąc małych kawałeczków.
Nie wiem kim dokładnie był, bo nie mogłam dojrzeć jego twarzy, ale czułam się bezpiecznie. Jego dotyk i czuły głos, uspakajał mnie i pomógł zasnąć.
Rano
Obudziłam się z uśmiechem na twarzy. To było dla mnie co najmniej.. takie wow. Ostatnio nie zdarzało się, bym uśmiechała się nawet ze zmuszenia, a tutaj uśmiecham się tak po prostu. Usiadłam na łóżku, nie rozglądając się nawet po pokoju. Przeciągnęłam się, gdyż moje mięśnie były spięte, ale to było dość przyjemne. Chciałam podejść do torby, która leżała na kanapie w rogu pokoju, ale rozproszył mnie dźwięk skrzypienia, więc odwróciłam się przodem do mebla. Nie mogłam uwierzyć w to co widzę.
Zakryłam ręką usta, a moje oczy zaszkliły się z nadmiaru emocji.
- Wstałaś, królewno. - Jaś podszedł do mnie, dość pewnym krokiem.
- Janek. - szepnęłam, delikatne szczypiąc się w tył uda, próbując obudzić się ze snu. Ale ku mojemu zdziwieniu to wcale nie był sen, to była rzeczywistość, której się nie spodziewałam.
- Janek. - musnęłam delikatnie opuszkami palców, jego umięśnioną klatkę piersiową.
- Janek. - rzuciłam się tym razem na jego szyję.
Tak bardzo za nim tęskniłam. Może nie powinnam reagować aż tak emocjonalnie, ale to wszystko uderzyło we mnie tak zajebiście szybko.
- Boże, tak bardzo za Tobą tęskniłam. Tak bardzo.
- No to jest nas dwóch. - odpowiedział, odwzajemniając uścisk.
- Nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo tęskniłem za Tobą. - wyszeptał do mojego ucha, opierając głowę na moim ramieniu.
Tuliliśmy się do siebie tak przez kolejne 10 minut. Kiedy odkleiliśmy się od siebie, Jasiek postanowił przerwać tę niezręczną ciszę.
- Wracasz ze mną do domu, teraz jesteś tylko moja.
- Jestem Twoja już od roku. - odpowiedziałam, odgarniając kosmyk włosów za ucho.
- Ale teraz już mi nigdzie nie uciekniesz, bo mam zamiar Cie trzymać bardzo, bardzo mocno, rozumiesz. - położył jedną dłoń na moim policzku.
Moje policzki zrobiły się lekko czerwone, a ja schowałam swoją głowę w zgięciu szyi Jasia.
- Rozumiem. - szepnęłam i pocałowałam go w policzek.
On zachichotał i przyciągnął mnie bliżej, całując delikatnie w czoło.
- Dobrze, że jesteś. - powiedział.
*******
No to co? Witam po ponad miesięcznej przerwie. Tęskniliście?
Jeszcze kilka rozdziałów :D Już mam pomysł na bloga, więc czekajcie :)
Ucieczka o Berlina. Ucieczka od problemów. Choroba psychiczna. Tęsknota, żal, próba zapomnienia. Nowe przygody, nowy świat, nowe informacje, nowe życie. Zapraszam na II sezon "Sinister joke", czyli jakiego złowieszczego żartu, jakim jest życie.
czwartek, 27 sierpnia 2015
niedziela, 23 sierpnia 2015
Ogłoszenia?
Cześć Wszystkim! (którzy jeszcze zostali)
O, ezu! Już zapomniałam jak dobrze jest widzieć te kształtne litery na tym białym tle (aka kartce).
Na początek? Nie będę Wam tutaj pieprzyć o tym jak to Was przepraszam, bo to nic nie da, prawda?
Ale uświadomiłam sobie, że sezon drugi również nie potrwa długo, góra do 10-15 rozdziału. Wszystko się układa, więc nie ma sensu komplikować życia tej zakochanej parze, prawda? Oczywiście, że będzie jakieś piękne lub mniej piękne zakończenie, ale.. no :)
Zobaczymy się w rozdziałach, które będą teraz regularnie.
Oraz, jeżeli zakończę ten blog.. tak mam zamiar zacząć pisać drugi. Tym razem już nie tak.. d*pa nie powiem! Hahaha xD I ta mina pedofila. Dobra, bo już zaczynam świrować.
Do zobaczenia!
O, ezu! Już zapomniałam jak dobrze jest widzieć te kształtne litery na tym białym tle (aka kartce).
Na początek? Nie będę Wam tutaj pieprzyć o tym jak to Was przepraszam, bo to nic nie da, prawda?
Ale uświadomiłam sobie, że sezon drugi również nie potrwa długo, góra do 10-15 rozdziału. Wszystko się układa, więc nie ma sensu komplikować życia tej zakochanej parze, prawda? Oczywiście, że będzie jakieś piękne lub mniej piękne zakończenie, ale.. no :)
Zobaczymy się w rozdziałach, które będą teraz regularnie.
Oraz, jeżeli zakończę ten blog.. tak mam zamiar zacząć pisać drugi. Tym razem już nie tak.. d*pa nie powiem! Hahaha xD I ta mina pedofila. Dobra, bo już zaczynam świrować.
Do zobaczenia!
piątek, 17 lipca 2015
Informacja
Przepraszam, ale nie będzie rozdziałów do poniedziałku. Po prostu.. życie.
Nie ma dnia, abym nie płakała i po prostu w takim stanie, kiedy jestem zmęczona nie sklecę nawet jednego zdania.
Przepraszam Was Bardzo!
Nie ma dnia, abym nie płakała i po prostu w takim stanie, kiedy jestem zmęczona nie sklecę nawet jednego zdania.
Przepraszam Was Bardzo!
wtorek, 14 lipca 2015
Rozdział 4 Sezon II
Kilka dni później
Dni mijały mi szybko, bez zbędnych niespodzianek. Przez prawie cały czas leże w łóżku. Choć próbuje zapomnieć to codziennie kiedy zamykam oczy widzę jego psychiczny uśmiech, a w moich uszach cały czas odbija się jego obleśny głos. Budzę się w nicy z krzykiem, przypominając sobie, jak jeździł żyletką po moim brzuchu, a nożem po szyi. Przypomina mi się jak mnie gwałcił. Jak bardzo bolało. Jak bardzo czułam obrzydzenie.
- Hej. - za rękę złapał mnie Maciej.
Nie zareagowałam. Patrzyłam się tępo w sufit, udając, że nie słyszę.
- Wiem, że wszystko rozumiesz. Wiem, że jest Ci ciężko. Proszę, daj sobie pomóc. Złóż zeznania. Wróć ze mną do domu. - ciągnął swój monolog.
Po poliku spłynęła łza.
- Emilia.. Jasiek dzwonił.
Usiadłam i spojrzałam na Maćka. Maciej poznał całą moją historię, właśnie od Jaśka. Znają się z Polski, ale nie wiedział, że byłam dziewczyną jego najlepszego, niegdyś przyjaciela.
- Kiedy? - odezwałam się po raz pierwszy od tygodnia.
- Dzisiaj, jak spałaś.
- Co mu powiedziałeś?
- Tylko, że śpisz.
- Dasz mi mój telefon? - spytałam.
- Chcę do niego zadzwonić. - kontynuowałam.
- Proszę. - podał mi komórkę.
Wybrałam numer i przyłożyłam słuchawkę do ucha. Chciałam powiedzieć Jaśkowi to wszystko, ale nie wiedziałam jak. Boję się jak zareaguje. Może powie, że zasłużyłam? Może powie, że dobrze mi tak i, że teraz wiem co to znaczy ból? Nie.. nie chce o tym myśleć.
- Halo? - usłyszałam głos, z drugiej strony.
- Jasiek?
- Emilia! Co z Tobą? Uciekłaś wtedy? - to brzmiało dla mnie tak banalnie, w stosunku do tego co przeszłam tamtej nocy.
- Nie, nie uciekłam. - nic nie odpowiedział.
- Jesteś? - zapytałam.
- Boże, przepraszam Cię. - powiedział.
- Jeszcze nic Ci nie powiedziałam.
- Gdzie jesteś?
- W Berlinie.
- Ale dokładnie. - drążył temat.
- Poczekaj.
- Maciek.. jaka to ulica? - skierowałam swoje pytanie do Maćka.
- Kladower Damm 223. - odpowiedział spokojnie.
- Kladower Damm 223 - powtórzyłam do słuchawki.
- Dobrze. Muszę kończyć. Zadzwonię dzisiaj, dobrze?
- Tak. Pa. - w odpowiedzi dostałam tylko dźwięk, sygnalizujący zakończenie rozmowy.
Oddałam Maćkowi telefon i wstałam z łóżka. Kiedy porozmawiałam z Jasiem, poczułam chęć do życia. Mały promyk nadziei, że ten koszmar, się skończy. Chcę wrócić do Polski. Chcę być dla Krystiana, mamą. Tyle.. że ja jestem chora psychicznie, a że sama ograniczyłam sobie prawa do Małego, to nie będzie ich łatwo odzyskać. Stwierdzili, że depresje.. ale czy tak zachowuję się osoba z depresja? Nie!
Chodzi smutna, zamknięta w sobie, nie ma kontaktu z ludźmi. Myśli o samobójstwie, o śmierci. Tnie się, płaczę co noc. Nie odzywa się do nikogo. To jest osoba z depresją! A ja!? Ja, ja, ja..
Ja się tak zachowuję.
- Mała, co jest? - zapytał Maciek.
- Mam dość. - spojrzałam przez okno.
- Mam dość! Cholerne Władysławowo! Gdybym wtedy nie poznała Jaśka, nic by się nie stało!
Nie mówię, że Jasiek jest winny, wręcz przeciwnie! To najlepsze, co mnie w życiu spotkało, a ja!? Jak zawsze! Muszę wszystko spierdolić! Przecież teraz mogłabym z nim się kochać, albo być na imprezie, a mamy dziecko, którego nie widziałam od miesiąca! Jestem do dupy! Do dupy! Do dupy!
- Cicho, chodź. - chłopak podszedł do mnie i mnie przytulił.
Płakałam w jego objęciach. Tak dawno nie płakałam. Nie płakałam tak mocno. Nie mówiłam nikomu o swoich problemach, a teraz emocje się skumulowały i wybuchłam.
Kilka godzin później
Perspektywa Maćka
Jestem w barku, przy recepcji. Emilia zasnęła jakieś 2 godziny temu.
Tak mi jej szkoda. Ma dopiero 18 lat, a już tyle doświadczyła. Powinna się bawić, być szczęśliwą nastolatką, a nie chorą na depresję, matką, pracującą na zmywaku w Berlinie, w dodatku zgwałcona.
- Hej.. - ktoś złapał mnie za ramię.
Odwróciłem się i nie mogłem uwierzyć własnym oczom.
- Jasiek!? Co ty tu?
- Nic się nie zmieniłeś. - uśmiechnął się.
- Przyjechałeś do Emilii?
- Tak. - z jego twarzy zniknął uśmiech, a oczy skierowały się ku dołowi.
Między nami zapanowała cisza, którą przerwał w pewnym momencie Janek.
- Gdzie ona jest? Mogę ją.. zobaczyć?
- Tak, ale niedawno zasnęła.. nie budź jej.
- Dobrze.
- To chodź.
Szliśmy korytarzami szpitala. Wszędzie było cicho. W końcu była godzina 22:00, czyli tak właściwie cisza nocna. Ale to nam jakoś nie bardzo interesowało.
Weszliśmy do sali, gdzie smacznie spała Emilia. Leżała na boku i oddychała przez usta.
- Śpi.. ja poczekam przed salą, a ty jedź do domu, bo wyglądasz jak kupa nieszczęścia. Idź spać. Ja tu posiedzę. - uśmiechnął się ciepło.
- Na pewno?
- Tak. -
- To dobranoc. - uśmiechnąłem się i wyszedłem z sali.
Perspektywa Jasia
Pożegnałem się z Maćkiem i usiadłem przy łóżku Emilii. Była taka blada, zmęczona. Miała spuchnięte oczy, widać, że niedawno płakała. Oddychała przez usta. Jej ramiona delikatnie się unosiły i opadały. Wyglądał marnie, ale ciągle słodko. Niewinna, nie tak silna psychicznie i fizycznie jak kiedyś. Inna, ale nadal moja. Nadal moja dziewczyna, która daje mi całusy. Przyjaciółka, która pociesza mnie za każdym razem kiedy jestem smutny. Kochanka, namiętna i jedyna w swoim rodzaju. Tęskniłem za nią, szukałem jej przez cały miesiąc, a kiedy ją znalazłem okazuje się, że jest inna, ale nadal taka sama. Wiem, że gadam bez sensu, ale przy niej nie potrafię rozsądnie myśleć.
********
Taki krótszy rozdział, nie podoba mi się, ale cóż.
Może Wam się spodoba :D
Czekam na Wasze komentarze :)
Miłych Wakacji :*
Dni mijały mi szybko, bez zbędnych niespodzianek. Przez prawie cały czas leże w łóżku. Choć próbuje zapomnieć to codziennie kiedy zamykam oczy widzę jego psychiczny uśmiech, a w moich uszach cały czas odbija się jego obleśny głos. Budzę się w nicy z krzykiem, przypominając sobie, jak jeździł żyletką po moim brzuchu, a nożem po szyi. Przypomina mi się jak mnie gwałcił. Jak bardzo bolało. Jak bardzo czułam obrzydzenie.
- Hej. - za rękę złapał mnie Maciej.
Nie zareagowałam. Patrzyłam się tępo w sufit, udając, że nie słyszę.
- Wiem, że wszystko rozumiesz. Wiem, że jest Ci ciężko. Proszę, daj sobie pomóc. Złóż zeznania. Wróć ze mną do domu. - ciągnął swój monolog.
Po poliku spłynęła łza.
- Emilia.. Jasiek dzwonił.
Usiadłam i spojrzałam na Maćka. Maciej poznał całą moją historię, właśnie od Jaśka. Znają się z Polski, ale nie wiedział, że byłam dziewczyną jego najlepszego, niegdyś przyjaciela.
- Kiedy? - odezwałam się po raz pierwszy od tygodnia.
- Dzisiaj, jak spałaś.
- Co mu powiedziałeś?
- Tylko, że śpisz.
- Dasz mi mój telefon? - spytałam.
- Chcę do niego zadzwonić. - kontynuowałam.
- Proszę. - podał mi komórkę.
Wybrałam numer i przyłożyłam słuchawkę do ucha. Chciałam powiedzieć Jaśkowi to wszystko, ale nie wiedziałam jak. Boję się jak zareaguje. Może powie, że zasłużyłam? Może powie, że dobrze mi tak i, że teraz wiem co to znaczy ból? Nie.. nie chce o tym myśleć.
- Halo? - usłyszałam głos, z drugiej strony.
- Jasiek?
- Emilia! Co z Tobą? Uciekłaś wtedy? - to brzmiało dla mnie tak banalnie, w stosunku do tego co przeszłam tamtej nocy.
- Nie, nie uciekłam. - nic nie odpowiedział.
- Jesteś? - zapytałam.
- Boże, przepraszam Cię. - powiedział.
- Jeszcze nic Ci nie powiedziałam.
- Gdzie jesteś?
- W Berlinie.
- Ale dokładnie. - drążył temat.
- Poczekaj.
- Maciek.. jaka to ulica? - skierowałam swoje pytanie do Maćka.
- Kladower Damm 223. - odpowiedział spokojnie.
- Kladower Damm 223 - powtórzyłam do słuchawki.
- Dobrze. Muszę kończyć. Zadzwonię dzisiaj, dobrze?
- Tak. Pa. - w odpowiedzi dostałam tylko dźwięk, sygnalizujący zakończenie rozmowy.
Oddałam Maćkowi telefon i wstałam z łóżka. Kiedy porozmawiałam z Jasiem, poczułam chęć do życia. Mały promyk nadziei, że ten koszmar, się skończy. Chcę wrócić do Polski. Chcę być dla Krystiana, mamą. Tyle.. że ja jestem chora psychicznie, a że sama ograniczyłam sobie prawa do Małego, to nie będzie ich łatwo odzyskać. Stwierdzili, że depresje.. ale czy tak zachowuję się osoba z depresja? Nie!
Chodzi smutna, zamknięta w sobie, nie ma kontaktu z ludźmi. Myśli o samobójstwie, o śmierci. Tnie się, płaczę co noc. Nie odzywa się do nikogo. To jest osoba z depresją! A ja!? Ja, ja, ja..
Ja się tak zachowuję.
- Mała, co jest? - zapytał Maciek.
- Mam dość. - spojrzałam przez okno.
- Mam dość! Cholerne Władysławowo! Gdybym wtedy nie poznała Jaśka, nic by się nie stało!
Nie mówię, że Jasiek jest winny, wręcz przeciwnie! To najlepsze, co mnie w życiu spotkało, a ja!? Jak zawsze! Muszę wszystko spierdolić! Przecież teraz mogłabym z nim się kochać, albo być na imprezie, a mamy dziecko, którego nie widziałam od miesiąca! Jestem do dupy! Do dupy! Do dupy!
- Cicho, chodź. - chłopak podszedł do mnie i mnie przytulił.
Płakałam w jego objęciach. Tak dawno nie płakałam. Nie płakałam tak mocno. Nie mówiłam nikomu o swoich problemach, a teraz emocje się skumulowały i wybuchłam.
Kilka godzin później
Perspektywa Maćka
Jestem w barku, przy recepcji. Emilia zasnęła jakieś 2 godziny temu.
Tak mi jej szkoda. Ma dopiero 18 lat, a już tyle doświadczyła. Powinna się bawić, być szczęśliwą nastolatką, a nie chorą na depresję, matką, pracującą na zmywaku w Berlinie, w dodatku zgwałcona.
- Hej.. - ktoś złapał mnie za ramię.
Odwróciłem się i nie mogłem uwierzyć własnym oczom.
- Jasiek!? Co ty tu?
- Nic się nie zmieniłeś. - uśmiechnął się.
- Przyjechałeś do Emilii?
- Tak. - z jego twarzy zniknął uśmiech, a oczy skierowały się ku dołowi.
Między nami zapanowała cisza, którą przerwał w pewnym momencie Janek.
- Gdzie ona jest? Mogę ją.. zobaczyć?
- Tak, ale niedawno zasnęła.. nie budź jej.
- Dobrze.
- To chodź.
Szliśmy korytarzami szpitala. Wszędzie było cicho. W końcu była godzina 22:00, czyli tak właściwie cisza nocna. Ale to nam jakoś nie bardzo interesowało.
Weszliśmy do sali, gdzie smacznie spała Emilia. Leżała na boku i oddychała przez usta.
- Śpi.. ja poczekam przed salą, a ty jedź do domu, bo wyglądasz jak kupa nieszczęścia. Idź spać. Ja tu posiedzę. - uśmiechnął się ciepło.
- Na pewno?
- Tak. -
- To dobranoc. - uśmiechnąłem się i wyszedłem z sali.
Perspektywa Jasia
Pożegnałem się z Maćkiem i usiadłem przy łóżku Emilii. Była taka blada, zmęczona. Miała spuchnięte oczy, widać, że niedawno płakała. Oddychała przez usta. Jej ramiona delikatnie się unosiły i opadały. Wyglądał marnie, ale ciągle słodko. Niewinna, nie tak silna psychicznie i fizycznie jak kiedyś. Inna, ale nadal moja. Nadal moja dziewczyna, która daje mi całusy. Przyjaciółka, która pociesza mnie za każdym razem kiedy jestem smutny. Kochanka, namiętna i jedyna w swoim rodzaju. Tęskniłem za nią, szukałem jej przez cały miesiąc, a kiedy ją znalazłem okazuje się, że jest inna, ale nadal taka sama. Wiem, że gadam bez sensu, ale przy niej nie potrafię rozsądnie myśleć.
********
Taki krótszy rozdział, nie podoba mi się, ale cóż.
Może Wam się spodoba :D
Czekam na Wasze komentarze :)
Miłych Wakacji :*
piątek, 10 lipca 2015
Rozdział 3 Sezon II
- Ale gdzie jesteś?! Co się z Tobą działo?! Co się z Tobą dzieję?! - próbował dowiedzieć się czegokolwiek, aby mi pomóc.
- Proszę, zabierz mnie stąd.. - ciągle płakałam do słuchawki, aby mnie zabrał z tego piekła, w którym jestem teraz zamknięta.
- Emilia, nie płacz. Spokojnie. Co się dzieję? - uspokoił się.
Chyba wiedział, że dopiero jeżeli się uspokoi uzyska potrzebne informacje.
- On.. on mnie próbował zgwałcić. - rozpłakałam się jeszcze bardziej, gdy zorientowałam się, że kopanie w drzwi łazienki nie ustało.
- Gdzie jesteś? - Jasiek, wyraźnie się zdenerwował.
- W Berlinie.
- Poczekaj. Za chwilę do Ciebie zadzwonię, spokojnie.
Jasiek się rozłączył, a ja poczułam nieprzyjemne uczucie w brzuchu. Miałam cholernie wielkie wyrzuty sumienia. To ja go prowokowałam. Może się poddać? Może dać poddać się konsekwencją, do których sama doprowadziłam? Z zastanowień wyrwały mnie wibracje telefonu, leżącego na ciemnych płytkach łazienki. Spojrzałam na wyświetlacz: numer Jasia. Odebrałam.
- Emilia. Słuchaj mnie teraz uważnie. Gdzie jesteś?
- Nie wiem.
- Jak to nie wiesz?
- Nie wiem.
- Jesteś pijana?
- Tak. - po moim policzku spłynęła łza. Łza, która była oznaką wstydu, wstydu i strachu.
- Kto Ci to próbował zrobić? - zapytał z troską w głosie, której się wcale nie spodziewałam.
- Nie znasz go. On jest moim znajomym z pracy.
- Jak to się stało? - drążył temat.
- Poszłam z nim do klubu, upiłam się i jestem z nim u niego w domu. To moja wina. - otarłam piekące oczy.
- Nie mów tak. Spróbuj uciec. Może zasnął.
- Dobrze. Jasiu..
- Tak? - powiedział głośnym tonem.
- Kocham Cię.
W odpowiedzi dostałam ciszę, której się spodziewałam. Nie miałam prawa tak do niego mówić. Po jakiś 5 minutach w tle było słychać płacz dziecka. Zapewne mojego dziecka.
Krystian. Moje dziecko. Mój synek. W głębi serca poczułam mocny ucisk. Zostawiłam ich. Zostawiłam moje dwa ukochane skarby.
- Muszę kończyć. Jeżeli będziesz znać ulicę, zadzwoń, wtedy Ci będę w stanie pomóc. - i tak po prostu rozłączył się.
Zostawił mnie, tak jak ja jego. Ma do tego prawo. Jak najbardziej. Nie mam o to do niego pretensji. Wręcz przeciwnie, jestem mu wdzięczna. Teraz wiem, jak się czuł kiedy go zostawiłam. Teraz on się odwdzięczył.
Nie miałam już siły, się ukrywać, więc po prostu otworzyłam drzwi.
Otworzyłam drzwi, co było dla mnie wyrokiem. Tamtego dnia.. umarłam.
Dwa dni później
Siedzę na łóżku. Tylko tyle. Nie myślę, nic mnie nie boli. Nic mnie nie boli, chociaż powinno. Jestem w szpitalu. Mam obrażenia. Na szczęście nie wewnętrzne, tylko jakieś głębsze zadrapania, siniaki, albo rany. Siedzę i nie myślę. Patrze w okno, zawinięta w szary koc. Nie chcę nic, nie mam na nic ochoty. Oprócz jednego.. chcę zapomnieć o tym dniu, o tej nocy, o tym chłopaku.
Retrospekcja
Cicho przekręciłam klucz w zamku, aby nie budzić pijanego chłopaka. Uchyliłam drzwi, aby zobaczyć czy Max już śpi. Wyjrzałam zza drzwi. Śpi. Odetchnęłam z ulgą. Chłopak leżał na łóżku, nieruchomo i głośno chrapał. Cofnęłam się do jego sypialni, zabierając swoje ubrania, i wróciłam do łazienki, aby się ubrać. Kiedy skończyłam w trybie natychmiastowym zeszłam po kręconych schodach na dół mieszkania. Już zaczęłam zakładać buty, kiedy poczułam szarpnięcie za rękę.
- Już idziesz? Zabawa dopiero się zaczyna. - powiedział z cwanym uśmiechem na twarzy.
- Puść mnie! - wyrwałam się.
On, z powrotem złapał mnie za rękę i wygiął ją w sposób taki, abym uklękła.
- Chcesz wiedzieć do czego się nadajesz? Nadajesz się na dziwkę. Na początku może być ciężko, ale wiesz.. jak mi dasz, to może Cię polecę znajomym, jak będziesz dobra. Zresztą przedsmak był nawet interesujący.
- Zostaw!
- Wiem, że tego chcesz. - drugą ręką ścisnął mój podbródek.
- To boli! - próbowałam mu się wyrwać, ale bezskutecznie.
- Chodź i nie marudź. - puścił mnie.
- Wolę umrzeć! - krzyknęłam i nacisnęłam na klamkę od drzwi wejściowych.
Widocznie nie jest tak bardzo pijany. Zamknął drzwi wejściowe kluczem.
- Zobaczymy co da się zrobić. - uśmiechnął się i kopnął mnie w brzuch.
Jego kop, był tak mocny, że skuliłam się z bólu. On wykorzystał moją słabość. Wziął mnie na ręce i rzucił, tak dosłownie rzucił mnie na fotel. Zdjął ze mnie ubrania. Chociaż zdjął to za delikatne słowo.
- Na początku się zabawimy. - powiedział odwracając się, i robiąc kilka kroków w stronę komody.
Otworzył szufladę, z której wyjął potrzebne materiały. Potrzebne materiały do dręczenia mnie.
Mianowicie wyjął: sznur, taśmę, bat, opaskę na oczy, i pudełeczko. Nie dość, że brzuch mnie bolał od kopnięcia, to zrobiło mi się słabo, kiedy zobaczyłam co Max trzyma w rękach.
Chłopak skierował się jeszcze do szafy, spoglądając na mnie kątem oka, czy przypadkiem nie przyszła mi do głowy ucieczka. Z szafy natomiast wyjął metalową rurę. Teraz straciłam jakąkolwiek chęć podjęcia próby wyzwolenia samej siebie. Nie miałaby ona sensu.
Chłopak podszedł do mnie, oblizując swoje wargi.
- I jak kochanie? Podoba Ci się? A teraz słuchaj! Masz robić wszystko co każe, bo nie będzie już tak miło, jak do tej pory. Jasne?
Nie odpowiedziałam.
- Jasne!? - krzyknął, ponownie zadając mi ból, przez zadanie ciosu w policzek.
Kiwnęłam głową, na tak.
- Grzeczna dziewczynka. A teraz wstań!
Wstałam, byłam w samej bieliźnie, więc pewnie chciał kontynuować "przygodę" z sypialni. Po moim nagim ciele przeszły ciarki.
- Ładna jesteś skarbie. Szkoda, że nie dałaś mi na górze.
- Co mam teraz zrobić? - zapytałam.
- Weź to. - podał mi metal.
- Odsuń fotel. Tam masz dziurę, umieść to tam.
Odsunęłam mebel i włożyłam przedmiot.
- Dobrze. A teraz oprzyj się o nią, ręce weź za siebie.
Spełniłam nakaz, chociaż wiedziałam co za chwilę się stanie. Z moich oczy wypłynęły łzy, które starłam.
Max podniósł się z kanapy, na której wcześniej usiadł. Chwycił na sznur.
- Zapomniałem o najważniejszym.
Rozpiął, ponownie już dzisiaj mój stanik i rzucił w kąt. Moje ręce związał przy nadgarstku i przywiązał do metalowej rurki, która sięgała do sufitu.
- Co teraz? - zapytałam z nutą nienawiści w głosie.
- Widzę, że jest pani niezadowolona, może to naprawimy.
Podszedł do mnie, z tym swoim uśmieszkiem na twarzy i zdjął z siebie koszulkę. Otworzył pudełeczko, z którego wyjął szpilki, żyletki, nóż i pudełko prezerwatyw. Kiedy to zobaczyłam poczułam, że moje nogi się nade mną uginają.
- Wyprostuj się. - usłyszałam męski głos, szepczący do mojego ucha. Nie był to seksowny głos. To był głos, którego nie chciałam nigdy doświadczyć, to był typowy głos pedofila.
Zrobiłam co kazał. On za to wziął do prawej ręki szpilkę, a do lewej żyletkę.
- Co wybierasz?
- Prawa. - powiedziałam.
- Twoja prośba jest dla mnie rozkazem.
- Tak? To wypuść mnie! - krzyknęłam.
W odpowiedzi poczułam, na swoich piersiach ostrze żyletki.
- Nie chciałaś być grzeczna? Może teraz będziesz..
Dalej już pewnie domyślacie się, co się stało. Chcę o tym zapomnieć.
Koniec retrospekcji.
Przed moją salą siedział Maciej. Sama nie wiem czy ktoś dowiedział się, że to Max. Ja nie składałam zeznań. Chcę zapomnieć.
*********
Ja nie wiem co ja piłam, ćpałam czy oglądałam, pisząc rozdział. Ale sama się boję.
Wyrażajcie swoje opinie w komentarzach, bo troszkę spadła aktywność na blogu.
Mam nadzieję, że nowy wygląd bloga, dobrze się przyjmie.
Dziękuje za to, że jesteście :D
- Proszę, zabierz mnie stąd.. - ciągle płakałam do słuchawki, aby mnie zabrał z tego piekła, w którym jestem teraz zamknięta.
- Emilia, nie płacz. Spokojnie. Co się dzieję? - uspokoił się.
Chyba wiedział, że dopiero jeżeli się uspokoi uzyska potrzebne informacje.
- On.. on mnie próbował zgwałcić. - rozpłakałam się jeszcze bardziej, gdy zorientowałam się, że kopanie w drzwi łazienki nie ustało.
- Gdzie jesteś? - Jasiek, wyraźnie się zdenerwował.
- W Berlinie.
- Poczekaj. Za chwilę do Ciebie zadzwonię, spokojnie.
Jasiek się rozłączył, a ja poczułam nieprzyjemne uczucie w brzuchu. Miałam cholernie wielkie wyrzuty sumienia. To ja go prowokowałam. Może się poddać? Może dać poddać się konsekwencją, do których sama doprowadziłam? Z zastanowień wyrwały mnie wibracje telefonu, leżącego na ciemnych płytkach łazienki. Spojrzałam na wyświetlacz: numer Jasia. Odebrałam.
- Emilia. Słuchaj mnie teraz uważnie. Gdzie jesteś?
- Nie wiem.
- Jak to nie wiesz?
- Nie wiem.
- Jesteś pijana?
- Tak. - po moim policzku spłynęła łza. Łza, która była oznaką wstydu, wstydu i strachu.
- Kto Ci to próbował zrobić? - zapytał z troską w głosie, której się wcale nie spodziewałam.
- Nie znasz go. On jest moim znajomym z pracy.
- Jak to się stało? - drążył temat.
- Poszłam z nim do klubu, upiłam się i jestem z nim u niego w domu. To moja wina. - otarłam piekące oczy.
- Nie mów tak. Spróbuj uciec. Może zasnął.
- Dobrze. Jasiu..
- Tak? - powiedział głośnym tonem.
- Kocham Cię.
W odpowiedzi dostałam ciszę, której się spodziewałam. Nie miałam prawa tak do niego mówić. Po jakiś 5 minutach w tle było słychać płacz dziecka. Zapewne mojego dziecka.
Krystian. Moje dziecko. Mój synek. W głębi serca poczułam mocny ucisk. Zostawiłam ich. Zostawiłam moje dwa ukochane skarby.
- Muszę kończyć. Jeżeli będziesz znać ulicę, zadzwoń, wtedy Ci będę w stanie pomóc. - i tak po prostu rozłączył się.
Zostawił mnie, tak jak ja jego. Ma do tego prawo. Jak najbardziej. Nie mam o to do niego pretensji. Wręcz przeciwnie, jestem mu wdzięczna. Teraz wiem, jak się czuł kiedy go zostawiłam. Teraz on się odwdzięczył.
Nie miałam już siły, się ukrywać, więc po prostu otworzyłam drzwi.
Otworzyłam drzwi, co było dla mnie wyrokiem. Tamtego dnia.. umarłam.
Dwa dni później
Siedzę na łóżku. Tylko tyle. Nie myślę, nic mnie nie boli. Nic mnie nie boli, chociaż powinno. Jestem w szpitalu. Mam obrażenia. Na szczęście nie wewnętrzne, tylko jakieś głębsze zadrapania, siniaki, albo rany. Siedzę i nie myślę. Patrze w okno, zawinięta w szary koc. Nie chcę nic, nie mam na nic ochoty. Oprócz jednego.. chcę zapomnieć o tym dniu, o tej nocy, o tym chłopaku.
Retrospekcja
Cicho przekręciłam klucz w zamku, aby nie budzić pijanego chłopaka. Uchyliłam drzwi, aby zobaczyć czy Max już śpi. Wyjrzałam zza drzwi. Śpi. Odetchnęłam z ulgą. Chłopak leżał na łóżku, nieruchomo i głośno chrapał. Cofnęłam się do jego sypialni, zabierając swoje ubrania, i wróciłam do łazienki, aby się ubrać. Kiedy skończyłam w trybie natychmiastowym zeszłam po kręconych schodach na dół mieszkania. Już zaczęłam zakładać buty, kiedy poczułam szarpnięcie za rękę.
- Już idziesz? Zabawa dopiero się zaczyna. - powiedział z cwanym uśmiechem na twarzy.
- Puść mnie! - wyrwałam się.
On, z powrotem złapał mnie za rękę i wygiął ją w sposób taki, abym uklękła.
- Chcesz wiedzieć do czego się nadajesz? Nadajesz się na dziwkę. Na początku może być ciężko, ale wiesz.. jak mi dasz, to może Cię polecę znajomym, jak będziesz dobra. Zresztą przedsmak był nawet interesujący.
- Zostaw!
- Wiem, że tego chcesz. - drugą ręką ścisnął mój podbródek.
- To boli! - próbowałam mu się wyrwać, ale bezskutecznie.
- Chodź i nie marudź. - puścił mnie.
- Wolę umrzeć! - krzyknęłam i nacisnęłam na klamkę od drzwi wejściowych.
Widocznie nie jest tak bardzo pijany. Zamknął drzwi wejściowe kluczem.
- Zobaczymy co da się zrobić. - uśmiechnął się i kopnął mnie w brzuch.
Jego kop, był tak mocny, że skuliłam się z bólu. On wykorzystał moją słabość. Wziął mnie na ręce i rzucił, tak dosłownie rzucił mnie na fotel. Zdjął ze mnie ubrania. Chociaż zdjął to za delikatne słowo.
- Na początku się zabawimy. - powiedział odwracając się, i robiąc kilka kroków w stronę komody.
Otworzył szufladę, z której wyjął potrzebne materiały. Potrzebne materiały do dręczenia mnie.
Mianowicie wyjął: sznur, taśmę, bat, opaskę na oczy, i pudełeczko. Nie dość, że brzuch mnie bolał od kopnięcia, to zrobiło mi się słabo, kiedy zobaczyłam co Max trzyma w rękach.
Chłopak skierował się jeszcze do szafy, spoglądając na mnie kątem oka, czy przypadkiem nie przyszła mi do głowy ucieczka. Z szafy natomiast wyjął metalową rurę. Teraz straciłam jakąkolwiek chęć podjęcia próby wyzwolenia samej siebie. Nie miałaby ona sensu.
Chłopak podszedł do mnie, oblizując swoje wargi.
- I jak kochanie? Podoba Ci się? A teraz słuchaj! Masz robić wszystko co każe, bo nie będzie już tak miło, jak do tej pory. Jasne?
Nie odpowiedziałam.
- Jasne!? - krzyknął, ponownie zadając mi ból, przez zadanie ciosu w policzek.
Kiwnęłam głową, na tak.
- Grzeczna dziewczynka. A teraz wstań!
Wstałam, byłam w samej bieliźnie, więc pewnie chciał kontynuować "przygodę" z sypialni. Po moim nagim ciele przeszły ciarki.
- Ładna jesteś skarbie. Szkoda, że nie dałaś mi na górze.
- Co mam teraz zrobić? - zapytałam.
- Weź to. - podał mi metal.
- Odsuń fotel. Tam masz dziurę, umieść to tam.
Odsunęłam mebel i włożyłam przedmiot.
- Dobrze. A teraz oprzyj się o nią, ręce weź za siebie.
Spełniłam nakaz, chociaż wiedziałam co za chwilę się stanie. Z moich oczy wypłynęły łzy, które starłam.
Max podniósł się z kanapy, na której wcześniej usiadł. Chwycił na sznur.
- Zapomniałem o najważniejszym.
Rozpiął, ponownie już dzisiaj mój stanik i rzucił w kąt. Moje ręce związał przy nadgarstku i przywiązał do metalowej rurki, która sięgała do sufitu.
- Co teraz? - zapytałam z nutą nienawiści w głosie.
- Widzę, że jest pani niezadowolona, może to naprawimy.
Podszedł do mnie, z tym swoim uśmieszkiem na twarzy i zdjął z siebie koszulkę. Otworzył pudełeczko, z którego wyjął szpilki, żyletki, nóż i pudełko prezerwatyw. Kiedy to zobaczyłam poczułam, że moje nogi się nade mną uginają.
- Wyprostuj się. - usłyszałam męski głos, szepczący do mojego ucha. Nie był to seksowny głos. To był głos, którego nie chciałam nigdy doświadczyć, to był typowy głos pedofila.
Zrobiłam co kazał. On za to wziął do prawej ręki szpilkę, a do lewej żyletkę.
- Co wybierasz?
- Prawa. - powiedziałam.
- Twoja prośba jest dla mnie rozkazem.
- Tak? To wypuść mnie! - krzyknęłam.
W odpowiedzi poczułam, na swoich piersiach ostrze żyletki.
- Nie chciałaś być grzeczna? Może teraz będziesz..
Dalej już pewnie domyślacie się, co się stało. Chcę o tym zapomnieć.
Koniec retrospekcji.
Przed moją salą siedział Maciej. Sama nie wiem czy ktoś dowiedział się, że to Max. Ja nie składałam zeznań. Chcę zapomnieć.
*********
Ja nie wiem co ja piłam, ćpałam czy oglądałam, pisząc rozdział. Ale sama się boję.
Wyrażajcie swoje opinie w komentarzach, bo troszkę spadła aktywność na blogu.
Mam nadzieję, że nowy wygląd bloga, dobrze się przyjmie.
Dziękuje za to, że jesteście :D
wtorek, 7 lipca 2015
Rozdział 2 Sezon II
Perspektywa Jasia
Nareszcie zasnął. Tyle się dzisiaj z nim męczyłem. Cały czas płakał, był smutny, przestraszony, niespokojny. Dobrze, że jego dziadkowie, Kinga, Weronika i Natalia mi pomagają, bo nie wiem co bym zrobił. Minął miesiąc, może dwa. Nie wiem.. straciłem poczucie czasu. Jestem załamany, może tego nie okazuje, ale strasznie za nią tęsknie. Wiem, że zapomnieć byłby dużo łatwiej, ale co.. kocham ją i nie umiem. Jestem facetem nie mogę się poddawać.
Jezu.. co ta dziewczyna ze mną zrobiła, że ja tek cholernie za nią tęsknie.
Wiem, że gadam teraz jak dziewczyna, ale inaczej nie umiem. Proste? Proste..
Szukałem jej, ale ona może być wszędzie, jednak nie mogę odpuścić. Nie teraz.
Jest godzina 22:03. Jest wcześnie, ale ja muszę się położyć.
Perspektywa Emilii
Jesteśmy na ulicy Walther-Schreiber-Platz. Nie umiem nawet tego dobrze wymówić, ale nieważne. Max przyprowadził mnie do swojego ulubionego klubu na obrzeżach miasta.
Chcę tam wejść, ale jednocześnie boję się tego miejsca i chcę uciec jak daleko tylko mogę. Nie wiem dlaczego. Czuję, że coś złego się wydarzy. Ale to pewnie moja wyobraźnia działa na mnie tak jak nie powinna. Z resztą nie ważne.
- Wszystko dobrze?
- Tak. Oczywiście, że tak. Idziemy? - złapałam Maxa'a za rękę i pociągnęłam w stronę wejścia.
Przy drzwiach stało dwóch ochroniarzy, a przed nimi była bardzo długa kolejka. Jednak my weszliśmy bez kolejki, co mnie zdziwiło. Chłopak przywitał się z mężczyznami i przepuścił nas przez bramkę.
Przeciskaliśmy się przez tłum, a Max mocno trzymał mnie za rękę, abym się nie zgubiła. Kiedy doszliśmy do baru, jednym ruchem ręki zawołał barmana.
- Co podać?
- Czego chcesz się napić? - Max skierował swoje pytanie do mnie.
- Mohito?
- Raz Mohito i raz kieliszek Whisky, proszę. - barman na te słowa odwrócił się i zaczął przygotowywać napoje.
Po kilku drinkach byłam już nieźle wypita.. Max z resztą też. Oboje mieliśmy słabą głowę, do alkoholu.
- Opowiedz mi coś o sobie. - zaczął chłopak.
- Co byś chciał wiedzieć?
- Coś o Twojej przeszłości. - zaczęliśmy się śmiać.
- A może wolisz to? - pocałowałam go namiętnie w usta, chociaż dla mnie to nic nie znaczyło.
Najwidoczniej bardzo mu się to podobało, bo odwzajemnił pocałunek.
- Może pójdziemy do mnie? - zaproponował, a ja bez chwili zastanowienia się zgodziłam.
Zapłaciliśmy barmanowi i chwiejnym krokiem ruszyliśmy w stronę wyjścia, co chwila się całując.
Czułam się wtedy tak lekko, bez problemowo, czułam, że mogę wszystko. Najwyraźniej tak tez myślałam, bo cały czas kierowałam się z Max'em do jego mieszkania.
30 minut później
Jestem już w sypialni u Max'a. Nawet nie wiem, jakie ma mieszkanie, bo od razu wylądowaliśmy w łóżku. I ja i Max, byliśmy podnieceni i chcieliśmy siebie. Na początku Max rzucił mnie na łóżko i zaczął namiętnie całować. Swoim językiem błądził po moim podniebieniu, zębach. Potem jego usta, powoli zjeżdżaały na moją szyję delikatnie ją pieszcząc. Postanowiłam przejąć inicjatywę i złapałam Max'a za koszulkę. Usiadłam okrakiem na leżącym na łóżku, chłopaku. Podniosłam go, ponownie łapiąc za koszulkę i zaczęłam namiętnie całować. Chcąc delikatnie się podnieść, niechcący otarłam swoje krocze, o jego. Na ten "gest" z mojej strony, chłopak delikatnie jęknął, co jeszcze bardziej mnie podnieciło i zaczęłam robić to na zmianę.. raz wolniej, wywołując niepewność, a raz szybciej, wywołując ekscytację. Czując coraz cięższy i szybszy oddech chłopaka, zaczęłam ściągać jego koszulkę. Potem rozpięłam swoją koszulę, zsuwając ją z siebie i rzucając w kąt pokoju.
Wstałam z kolan chłopaka i stanęłam do niego tyłem. Powoli odpinałam suwak, u mojej czarnej spódnicy. Następnym krokiem były, uciążliwe cały wieczór, czarne rajstopy. Potem odwróciłam się do chłopaka, który patrzył na mnie, jakby miał się na mnie za chwilkę rzucić. Spokojnie zrobiłam dwa, może trzy kroki w stronę chłopaka, który złapał mnie za rękę, rzucając na posłanie i namiętnie całując. Swoją prawą ręką, błądził po plecach szukając, zapięcia do mojego koronkowego stanika. Po jakiś 30 sekundach mój biustonosz, leżał obok koszuli. Ja zaczęłam jeździć rękoma po jego nagim i umięśnionym torsie. Miał naprawdę dobry brzuch, tak samo dobry jak Jasiek.
Emilia!
Emilia!
Stop!
Emilia, gdzie jesteś!
Słuchasz mnie?!
Wtedy był koniec. Musiałam przestać! Kategorycznie! Wszystko wróciło! Jasiek! Krystian! Klementynka!
Stop! Stop! Stop! Ja chcę wrócić do Polski! Chcę do Jasia! Chcę do rodziców!
- Stop! Max stop!
- Nie.. - odpowiedział na jednym oddechu.
Próbowałam się wyrwać.
- Ale ja nie chcę! - krzyczałam.
- Ale ja chcę! - uderzył mnie w policzek.
Wtedy powinnam się poddać, ale nie. Kopnęłam go w czułe miejsce i uciekłam do łazienki, korzystając z jakiś dodatkowych kilku sekund.
- Chodź tu, ty dziwko! - krzyczał Max, kopiąc w drzwi łazienki.
- Nie!
Wyjęłam swoimi drżącymi rękoma, telefon z torebki, którą zdążyłam zabrać z komody.
Szybko wybrałam numer i nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Halo? - usłyszałam zaspany i zachrypnięty, męski głos w słuchawce.
- Jasiek? - zaczęłam płakać.
- Emilia! - krzyknął do słuchawki.
- Co się dzieję?! Gdzie ty jesteś?!
- Zabierz mnie stąd..
Nareszcie zasnął. Tyle się dzisiaj z nim męczyłem. Cały czas płakał, był smutny, przestraszony, niespokojny. Dobrze, że jego dziadkowie, Kinga, Weronika i Natalia mi pomagają, bo nie wiem co bym zrobił. Minął miesiąc, może dwa. Nie wiem.. straciłem poczucie czasu. Jestem załamany, może tego nie okazuje, ale strasznie za nią tęsknie. Wiem, że zapomnieć byłby dużo łatwiej, ale co.. kocham ją i nie umiem. Jestem facetem nie mogę się poddawać.
Jezu.. co ta dziewczyna ze mną zrobiła, że ja tek cholernie za nią tęsknie.
Wiem, że gadam teraz jak dziewczyna, ale inaczej nie umiem. Proste? Proste..
Szukałem jej, ale ona może być wszędzie, jednak nie mogę odpuścić. Nie teraz.
Jest godzina 22:03. Jest wcześnie, ale ja muszę się położyć.
Perspektywa Emilii
Jesteśmy na ulicy Walther-Schreiber-Platz. Nie umiem nawet tego dobrze wymówić, ale nieważne. Max przyprowadził mnie do swojego ulubionego klubu na obrzeżach miasta.
Chcę tam wejść, ale jednocześnie boję się tego miejsca i chcę uciec jak daleko tylko mogę. Nie wiem dlaczego. Czuję, że coś złego się wydarzy. Ale to pewnie moja wyobraźnia działa na mnie tak jak nie powinna. Z resztą nie ważne.
- Wszystko dobrze?
- Tak. Oczywiście, że tak. Idziemy? - złapałam Maxa'a za rękę i pociągnęłam w stronę wejścia.
Przy drzwiach stało dwóch ochroniarzy, a przed nimi była bardzo długa kolejka. Jednak my weszliśmy bez kolejki, co mnie zdziwiło. Chłopak przywitał się z mężczyznami i przepuścił nas przez bramkę.
Przeciskaliśmy się przez tłum, a Max mocno trzymał mnie za rękę, abym się nie zgubiła. Kiedy doszliśmy do baru, jednym ruchem ręki zawołał barmana.
- Co podać?
- Czego chcesz się napić? - Max skierował swoje pytanie do mnie.
- Mohito?
- Raz Mohito i raz kieliszek Whisky, proszę. - barman na te słowa odwrócił się i zaczął przygotowywać napoje.
Po kilku drinkach byłam już nieźle wypita.. Max z resztą też. Oboje mieliśmy słabą głowę, do alkoholu.
- Opowiedz mi coś o sobie. - zaczął chłopak.
- Co byś chciał wiedzieć?
- Coś o Twojej przeszłości. - zaczęliśmy się śmiać.
- A może wolisz to? - pocałowałam go namiętnie w usta, chociaż dla mnie to nic nie znaczyło.
Najwidoczniej bardzo mu się to podobało, bo odwzajemnił pocałunek.
- Może pójdziemy do mnie? - zaproponował, a ja bez chwili zastanowienia się zgodziłam.
Zapłaciliśmy barmanowi i chwiejnym krokiem ruszyliśmy w stronę wyjścia, co chwila się całując.
Czułam się wtedy tak lekko, bez problemowo, czułam, że mogę wszystko. Najwyraźniej tak tez myślałam, bo cały czas kierowałam się z Max'em do jego mieszkania.
30 minut później
Jestem już w sypialni u Max'a. Nawet nie wiem, jakie ma mieszkanie, bo od razu wylądowaliśmy w łóżku. I ja i Max, byliśmy podnieceni i chcieliśmy siebie. Na początku Max rzucił mnie na łóżko i zaczął namiętnie całować. Swoim językiem błądził po moim podniebieniu, zębach. Potem jego usta, powoli zjeżdżaały na moją szyję delikatnie ją pieszcząc. Postanowiłam przejąć inicjatywę i złapałam Max'a za koszulkę. Usiadłam okrakiem na leżącym na łóżku, chłopaku. Podniosłam go, ponownie łapiąc za koszulkę i zaczęłam namiętnie całować. Chcąc delikatnie się podnieść, niechcący otarłam swoje krocze, o jego. Na ten "gest" z mojej strony, chłopak delikatnie jęknął, co jeszcze bardziej mnie podnieciło i zaczęłam robić to na zmianę.. raz wolniej, wywołując niepewność, a raz szybciej, wywołując ekscytację. Czując coraz cięższy i szybszy oddech chłopaka, zaczęłam ściągać jego koszulkę. Potem rozpięłam swoją koszulę, zsuwając ją z siebie i rzucając w kąt pokoju.
Wstałam z kolan chłopaka i stanęłam do niego tyłem. Powoli odpinałam suwak, u mojej czarnej spódnicy. Następnym krokiem były, uciążliwe cały wieczór, czarne rajstopy. Potem odwróciłam się do chłopaka, który patrzył na mnie, jakby miał się na mnie za chwilkę rzucić. Spokojnie zrobiłam dwa, może trzy kroki w stronę chłopaka, który złapał mnie za rękę, rzucając na posłanie i namiętnie całując. Swoją prawą ręką, błądził po plecach szukając, zapięcia do mojego koronkowego stanika. Po jakiś 30 sekundach mój biustonosz, leżał obok koszuli. Ja zaczęłam jeździć rękoma po jego nagim i umięśnionym torsie. Miał naprawdę dobry brzuch, tak samo dobry jak Jasiek.
Emilia!
Emilia!
Stop!
Emilia, gdzie jesteś!
Słuchasz mnie?!
Wtedy był koniec. Musiałam przestać! Kategorycznie! Wszystko wróciło! Jasiek! Krystian! Klementynka!
Stop! Stop! Stop! Ja chcę wrócić do Polski! Chcę do Jasia! Chcę do rodziców!
- Stop! Max stop!
- Nie.. - odpowiedział na jednym oddechu.
Próbowałam się wyrwać.
- Ale ja nie chcę! - krzyczałam.
- Ale ja chcę! - uderzył mnie w policzek.
Wtedy powinnam się poddać, ale nie. Kopnęłam go w czułe miejsce i uciekłam do łazienki, korzystając z jakiś dodatkowych kilku sekund.
- Chodź tu, ty dziwko! - krzyczał Max, kopiąc w drzwi łazienki.
- Nie!
Wyjęłam swoimi drżącymi rękoma, telefon z torebki, którą zdążyłam zabrać z komody.
Szybko wybrałam numer i nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Halo? - usłyszałam zaspany i zachrypnięty, męski głos w słuchawce.
- Jasiek? - zaczęłam płakać.
- Emilia! - krzyknął do słuchawki.
- Co się dzieję?! Gdzie ty jesteś?!
- Zabierz mnie stąd..
wtorek, 30 czerwca 2015
Rozdział 1 Sezon II
Perspektywa Emilii
Jestem w Berlinie. Mieszkam z Maciejem i Kaśką. Maciej i Kasia to moi współlokatorzy z Polski. Nic o nich nie wiem i nie przeszkadza mi to, nawet prawie wcale nie rozmawiamy.. ale nie ważne.
Pracuję na zmywaku, na zmywaku w restauracji za rogiem. Nie mam przyjaciół. Nie chodzę na imprezy. wiem, że muszę zapomnieć i zacząć nowe życie. Muszę.. od dzisiaj. Właśnie! Wieczorem pójdę do klubu. Wiem, że nie powinnam tak robić. Powinnam mieć wyrzuty sumienia, że zostawiłam Jasia samego z Małym i rodzicami. Może myślicie, że jestem bezwstydna myśląc o zabawie, ale nawet nie wiecie jak bardzo to wszystko zżera mnie od środka. Mam dość, dlatego muszę gdzieś dzisiaj wyjść.
Z zamyśleń wyrwał mnie Max.
- Co ty dzisiaj taka smutna, ślicznotko?
Max to jednocześnie kelner i siostrzeniec właściciela restauracji. Ma jakieś 20-21 lat. Jest dla mnie bardzo miły.
- Ja? Chyba mnie z kimś pomyliłeś. - uśmiechnęłam się, wycierając talerz.
- Jakieś plany na dzisiaj? - przybliżył się do mnie, próbując mnie objąć.
- Ej! - walnęłam go ścierką, czując jak wsuwa mi palce pod bluzkę.
- Ała! Za co to? Przecież nic nie zrobiłem. - uśmiechał się do mnie, podnosząc ręce w geście obronnym.
- Serio? - popatrzyłam na niego zażenowana.
- To coś dzisiaj? - spojrzał na mnie, z niepewnym uśmiechem.
- Wyjdziemy do klubu?
- A to nie powinno być tak, że to ja Ciebie zapraszam? - zaśmiał się.
- Powinno. - powiedziałam, szczerząc się.
- Będę po Ciebie po 21. - powiedział odchodząc.
- Nie mogę się doczekać.
Wiem. Nie powinnam. Nie powinnam zdradzać Jasia. Chociaż pewnie takie zwykłe luźne spotkanie to nie zdrada, czuję się z tym okropnie. Mimo, że do Max'a nic nie czuję, to bardzo dobrze mi w jego towarzystwie i chcę, żeby został ze mną i pomógł mi. Chcę, aby ktoś był przy mnie. Ponieważ.. boję się. Boję się samotności.
Max nie wie, że nie jestem z Niemczech. Myśli, że po prostu wyprowadziłam się od rodziców. A, że Emilia to jedno z najczęstszych imion, to nie wypytywał się o nic, co dla mnie było bardzo wygodne.
Po przepracowanych 8 godzinach, wróciłam do domu o 18. Miałam jeszcze 3 godziny na wyszykowanie się. No chyba, że idiota Maciej zajmie łazienkę.. Kaśki nie ma. Pewnie jest w pracy. Zresztą jakoś zbytnio mnie to nie interesowało.
Przeszłam cicho przez całą kawalerkę, żeby nie zwrócić na siebie uwagi. Ale przecież nie byłabym sobą gdybym nie zahaczyła o stolik, i nie wywaliła się, oczywiście przy okazji go przewracając i tłukąc wazon z jakimiś uschniętymi badylami.Z pokoju wybiegł Maciej.
- E.. myślałem, że coś poważnego się stało. - zironizował idiota.
- Bardzo śmieszne. - wstałam, podpierając się o kuchenne krzesło.
- Może Ci pomóc?
- Ty? Haha, nie dzięki. - odwróciłam się od niego i schyliłam się, aby podnieść szkła.
Chłopak nadal nie opuszczał pokoju, czym mnie denerwował.
- Albo wiesz co.. przynieś mi szczotkę i szufelkę.
- Jak księżniczka sobie życzy.
- Nie jestem niczyją księżniczką.
Nikt nie mógł mnie tak nazywać! Jedyną osobą która miała do tego święte prawo był Jasiek, którego nie było, więc za cholerę nie miał prawa!
- Spokojnie.. - skierował się do łazienki, po przedmiot, który za dosłownie chwilę znalazł się w moich rękach.
- Przepraszam. - powiedziałam, zbierając szkła.
- Ej.. - złapał mnie za ramiona i delikatnie podniósł.
Moją głowę skierował w taki sposób, aby moje oczy były skierowane na jego.
- Spokojnie. Nie denerwuj się. Coś się stało?
- Nie.. ale. - powstrzymałam się od opowiedzenia całej mojej historii.
- Ale? - podniósł prawą brew, zadając mi pytanie.
- Nic.
- Pamiętaj.. może mnie nie lubisz, nie znasz nie w ogóle, ale kiedy będziesz miała problem to dzwoń, od razu przyjadę.
Nie wiem skąd u niego tyle empatii do mnie, ale jestem mu za to wdzięczna. Nie zna mnie, a chcę mi pomóc.
Bardzo cenię takich ludzi. Chcę pomóc, być blisko i mieć to wszystko bezinteresownie.
- Dziękuje. - odwróciłam się i otarłam delikatnie niewidoczną prawie łzę.
- Posprzątasz to? Ja muszę się szykować na "randkę". - zapytałam.
- Tak, idź. Tylko przyjdź się pokazać.
Kiwnęłam głową i pobiegłam do łazienki.
Umyłam się, zrobiłam maseczkę i ułożyłam włosy. Wybrałam spódniczkę i koszulę. Umalowałam się i zapukałam do pokoju Maćka.
- Wejść! - usłyszałam głos zza drzwi.
Niepewnie je uchyliłam, zaglądając do środka.
- Jak przeszkadzam to mogę iść. - zrobiłam mały krok w tył.
Chłopak momentalnie odwrócił się w moją stronę, a jego źrenice momentalnie się powiększyły. Kiedy się ocknął wstał i powiedział.
- Dziewczyno! Jesteś naprawdę piękna. - podszedł i podniósł mnie do góry, okręcając w okół własnej osi.
- Postaw mnie. - mówiłam z uśmiechem.
- Nie!
W tym momencie usłyszałam dzwonek do drzwi.
- To pewnie Max. Puść.
- No dobrze.
Maciej mnie postawił i wrócił na swoje miejsce. Ja poprawiłam sukienkę i wyszłam z jego pokoju. Podeszłam do drzwi wejściowych i otworzyłam je.
- Witam. - uśmiechnęłam się do niego.
- Hej. - pocałował mnie w policzek, na co lekko się zarumieniłam.
- Idziemy? - zapytał po chwili ciszy.
- Tak. - zabrałam torebkę i krzyknęłam: "Nie wiem kiedy wrócę, nie czekajcie na mnie!"
Nie usłyszałam odpowiedzi, więc zamknęłam za sobą drzwi i spojrzałam na Max'a.
- No to co? Idziemy!
- Idziemy! - odpowiedziałam podekscytowana.
Zeszliśmy ze schodów i wyszliśmy z bloku. Od razu poczułam powiew chłodnego powietrza, przeczesującego moje blond, kręcone włosy.
- Autem? - zapytałam.
- Taksówką, bo mam zamiar się napić.
- Dobrze.
Zadzwoniliśmy po taksówkę i poczekaliśmy aż przyjedzie.
- Opowiesz mi coś o sobie? - Max zaczął rozmowę.
- A co chcesz wiedzieć? - próbowałam uciec od odpowiedzi.
- A wiesz, że pytaniem na pytanie się nie odpowiada?
- Wiem. - zaśmialiśmy się.
*******
Chciałam już dodać i zrobić Wam taki mały prezencik. Rozdziały będą tak 2-3 razy w tygodniu :)
Zapraszam do komentowania! :D
Jestem w Berlinie. Mieszkam z Maciejem i Kaśką. Maciej i Kasia to moi współlokatorzy z Polski. Nic o nich nie wiem i nie przeszkadza mi to, nawet prawie wcale nie rozmawiamy.. ale nie ważne.
Pracuję na zmywaku, na zmywaku w restauracji za rogiem. Nie mam przyjaciół. Nie chodzę na imprezy. wiem, że muszę zapomnieć i zacząć nowe życie. Muszę.. od dzisiaj. Właśnie! Wieczorem pójdę do klubu. Wiem, że nie powinnam tak robić. Powinnam mieć wyrzuty sumienia, że zostawiłam Jasia samego z Małym i rodzicami. Może myślicie, że jestem bezwstydna myśląc o zabawie, ale nawet nie wiecie jak bardzo to wszystko zżera mnie od środka. Mam dość, dlatego muszę gdzieś dzisiaj wyjść.
Z zamyśleń wyrwał mnie Max.
- Co ty dzisiaj taka smutna, ślicznotko?
Max to jednocześnie kelner i siostrzeniec właściciela restauracji. Ma jakieś 20-21 lat. Jest dla mnie bardzo miły.
- Ja? Chyba mnie z kimś pomyliłeś. - uśmiechnęłam się, wycierając talerz.
- Jakieś plany na dzisiaj? - przybliżył się do mnie, próbując mnie objąć.
- Ej! - walnęłam go ścierką, czując jak wsuwa mi palce pod bluzkę.
- Ała! Za co to? Przecież nic nie zrobiłem. - uśmiechał się do mnie, podnosząc ręce w geście obronnym.
- Serio? - popatrzyłam na niego zażenowana.
- To coś dzisiaj? - spojrzał na mnie, z niepewnym uśmiechem.
- Wyjdziemy do klubu?
- A to nie powinno być tak, że to ja Ciebie zapraszam? - zaśmiał się.
- Powinno. - powiedziałam, szczerząc się.
- Będę po Ciebie po 21. - powiedział odchodząc.
- Nie mogę się doczekać.
Wiem. Nie powinnam. Nie powinnam zdradzać Jasia. Chociaż pewnie takie zwykłe luźne spotkanie to nie zdrada, czuję się z tym okropnie. Mimo, że do Max'a nic nie czuję, to bardzo dobrze mi w jego towarzystwie i chcę, żeby został ze mną i pomógł mi. Chcę, aby ktoś był przy mnie. Ponieważ.. boję się. Boję się samotności.
Max nie wie, że nie jestem z Niemczech. Myśli, że po prostu wyprowadziłam się od rodziców. A, że Emilia to jedno z najczęstszych imion, to nie wypytywał się o nic, co dla mnie było bardzo wygodne.
Po przepracowanych 8 godzinach, wróciłam do domu o 18. Miałam jeszcze 3 godziny na wyszykowanie się. No chyba, że idiota Maciej zajmie łazienkę.. Kaśki nie ma. Pewnie jest w pracy. Zresztą jakoś zbytnio mnie to nie interesowało.
Przeszłam cicho przez całą kawalerkę, żeby nie zwrócić na siebie uwagi. Ale przecież nie byłabym sobą gdybym nie zahaczyła o stolik, i nie wywaliła się, oczywiście przy okazji go przewracając i tłukąc wazon z jakimiś uschniętymi badylami.Z pokoju wybiegł Maciej.
- E.. myślałem, że coś poważnego się stało. - zironizował idiota.
- Bardzo śmieszne. - wstałam, podpierając się o kuchenne krzesło.
- Może Ci pomóc?
- Ty? Haha, nie dzięki. - odwróciłam się od niego i schyliłam się, aby podnieść szkła.
Chłopak nadal nie opuszczał pokoju, czym mnie denerwował.
- Albo wiesz co.. przynieś mi szczotkę i szufelkę.
- Jak księżniczka sobie życzy.
- Nie jestem niczyją księżniczką.
Nikt nie mógł mnie tak nazywać! Jedyną osobą która miała do tego święte prawo był Jasiek, którego nie było, więc za cholerę nie miał prawa!
- Spokojnie.. - skierował się do łazienki, po przedmiot, który za dosłownie chwilę znalazł się w moich rękach.
- Przepraszam. - powiedziałam, zbierając szkła.
- Ej.. - złapał mnie za ramiona i delikatnie podniósł.
Moją głowę skierował w taki sposób, aby moje oczy były skierowane na jego.
- Spokojnie. Nie denerwuj się. Coś się stało?
- Nie.. ale. - powstrzymałam się od opowiedzenia całej mojej historii.
- Ale? - podniósł prawą brew, zadając mi pytanie.
- Nic.
- Pamiętaj.. może mnie nie lubisz, nie znasz nie w ogóle, ale kiedy będziesz miała problem to dzwoń, od razu przyjadę.
Nie wiem skąd u niego tyle empatii do mnie, ale jestem mu za to wdzięczna. Nie zna mnie, a chcę mi pomóc.
Bardzo cenię takich ludzi. Chcę pomóc, być blisko i mieć to wszystko bezinteresownie.
- Dziękuje. - odwróciłam się i otarłam delikatnie niewidoczną prawie łzę.
- Posprzątasz to? Ja muszę się szykować na "randkę". - zapytałam.
- Tak, idź. Tylko przyjdź się pokazać.
Kiwnęłam głową i pobiegłam do łazienki.
Umyłam się, zrobiłam maseczkę i ułożyłam włosy. Wybrałam spódniczkę i koszulę. Umalowałam się i zapukałam do pokoju Maćka.
Tak mniej więcej wyglądałam
- Wejść! - usłyszałam głos zza drzwi.
Niepewnie je uchyliłam, zaglądając do środka.
- Jak przeszkadzam to mogę iść. - zrobiłam mały krok w tył.
Chłopak momentalnie odwrócił się w moją stronę, a jego źrenice momentalnie się powiększyły. Kiedy się ocknął wstał i powiedział.
- Dziewczyno! Jesteś naprawdę piękna. - podszedł i podniósł mnie do góry, okręcając w okół własnej osi.
- Postaw mnie. - mówiłam z uśmiechem.
- Nie!
W tym momencie usłyszałam dzwonek do drzwi.
- To pewnie Max. Puść.
- No dobrze.
Maciej mnie postawił i wrócił na swoje miejsce. Ja poprawiłam sukienkę i wyszłam z jego pokoju. Podeszłam do drzwi wejściowych i otworzyłam je.
- Witam. - uśmiechnęłam się do niego.
- Hej. - pocałował mnie w policzek, na co lekko się zarumieniłam.
- Idziemy? - zapytał po chwili ciszy.
- Tak. - zabrałam torebkę i krzyknęłam: "Nie wiem kiedy wrócę, nie czekajcie na mnie!"
Nie usłyszałam odpowiedzi, więc zamknęłam za sobą drzwi i spojrzałam na Max'a.
- No to co? Idziemy!
- Idziemy! - odpowiedziałam podekscytowana.
Zeszliśmy ze schodów i wyszliśmy z bloku. Od razu poczułam powiew chłodnego powietrza, przeczesującego moje blond, kręcone włosy.
- Autem? - zapytałam.
- Taksówką, bo mam zamiar się napić.
- Dobrze.
Zadzwoniliśmy po taksówkę i poczekaliśmy aż przyjedzie.
- Opowiesz mi coś o sobie? - Max zaczął rozmowę.
- A co chcesz wiedzieć? - próbowałam uciec od odpowiedzi.
- A wiesz, że pytaniem na pytanie się nie odpowiada?
- Wiem. - zaśmialiśmy się.
*******
Chciałam już dodać i zrobić Wam taki mały prezencik. Rozdziały będą tak 2-3 razy w tygodniu :)
Zapraszam do komentowania! :D
wtorek, 23 czerwca 2015
Rozdział 50/ Epilog
Perspektywa Jasia
Jakieś pół godziny po przebudzeniu byłem już w drodze do szpitala. Była godzina 7:30, bo wstąpiłem jeszcze kupić kwiaty. Dzisiaj mój skarb kończy 18 lat. Jest już pełnoletnia. Pomimo tego, że była od zawsze bardzo silna i dojrzała jak na swój wiek to teraz jest pełnoprawnie dorosła. Kiedy wrócimy do domu to urządzę jej naprawdę niesamowitą niespodziankę, ale teraz oboje musimy się zadowolić kwiatami.
Dojechałem na parking pod szpitalem i zaparkowałem auto. Szybko wysiadłem z pojazdu i zamknąłem. Skierowałem się niemal biegiem w stronę drzwi szpitala. Chciałem obudzić Emilię i od razu złożyć jej życzenia. Podszedłem do recepty, zapytałem się czy można już odwiedzić bliskich. Recepcjonistka nie miała jakichkolwiek przeciwwskazań, więc swobodnie ruszyłem do windy. Poczekałem chwilę, opierając się o ścianę. Zanim drzwi się otworzyły, poobserwowałem ludzi. Wszyscy tacy przygaszeni, cierpiący, smutni. Przeciwieństwo mnie. Ja wiedziałem, że teraz wszystko jest na najlepszej drodze.
Z Małym jest już lepiej, z Emilką również. Będę musiał zaprowadzić ją jeszcze do psychologa, ale radzi sobie już lepiej. Wszedłem do windy i nacisnąłem przycisk. Jechałem dosłownie jakieś 30 sekund, po czym udałem się do sali. Cicho otworzyłem drzwi. Cicho, ciemno - jeszcze śpi. Podszedłem do łóżka i usiadłem na stołku.
- Kochanie.. - zacząłem.
Nie odpowiedziała.
- Emilia.. - zacząłem potrząsać o jej ramię.
Znowu brak odzewu.
- Emilia!
Nic.
Odkryłem kołdrę i znalazłem powód braku odpowiedzi.
Jej tam po prostu nie było. Ale w pierwszej chwili pomyślałem, że poszła do łazienki. Niestety po jakiś 10 minutach czekania, nie było żadnego znaku życia przy drzwiach. Wybiegłem na korytarz i skierowałem się do łazienek. Tam również nikogo nie ma. Pobiegłem do sali Emilii i zajrzałem do szafy.
Tam.. nic nie było. Jednak po głębszym jej przeszukaniu znalazłem książkę. Odruchowo ją otworzyłem. Przysłowiowo "przeleciałem" wszystkie kartki. Jedna było ponad wyraz. Cała popisana. Tak, to było pismo Emilki.
Przeczytałem jej list. Był i dla rodziców, dla mnie i dla Krystiana.
Nie mogę uwierzyć w to, że nas zostawiła. Mój skarb, z którym miałem stworzyć rodzinę, tak po prostu uciekł. Bez pożegnania. Nic nie mówiąc. Nie chciałem lamentować i zgłosiłem to lekarzowi. Chciałem jej szukać, ale prawnie nie mam o tego podstaw, ponieważ od dzisiaj ma 18 lat. Zadzwoniłem do jej rodziców, którzy byli zszokowani, podobnie jak ja. Poprosiłem lekarza, o spotkanie z Krystianem. widząc w jakim jestem stanie zgodził się.
Podszedłem do inkubatora.
- Cześć Maluszku. Tata jest tutaj. Mamy nie ma i nie będzie. Damy radę sami. W końcu jesteśmy facetami. Lecz nie zapominaj, że mamusia Cię kocha i nigdy nie przestanie.
Perspektywa Emilii
Więc stało się. Już wszystko postanowione. Jestem w samolocie. Lecę do Berlina. Tam dam sobie radę. Dość dobrze znam angielski i niemiecki. Znajdę pracę.
No i przypomniało mi się, że dzisiaj kończę 18 lat. Jestem dorosła, odpowiedzialna, pełnoletnia, ale nigdy bym tak siebie nie opisała.
Ciekawe czy Jasiek i rodzice już wiedzą.
Jeżeli wiedzą to jak zareagowali.
Ciekawe jak się czuje Krystian.
Czy zapomni o mnie.
Czy Jasiek wie, że go naprawdę kocham.
Ciekawe co mi przyniesie jutro.
Jutro.. i w dalszej przyszłości.
Zaczynam wszystko od początku.
******
A więc taki krótki rozdział (czyt. epilog). Nie nie martwcie się, nie będzie od początku.
Koniec I sezonu. Tam na dole możecie napisać co się Wam podobało, a co nie.
A przez wakacje jest pomysł, że będą dwa blogi, ale zobaczymy.
Do zobaczenia z Emilią i Jankiem za 2 tygodnie! :D
Jakieś pół godziny po przebudzeniu byłem już w drodze do szpitala. Była godzina 7:30, bo wstąpiłem jeszcze kupić kwiaty. Dzisiaj mój skarb kończy 18 lat. Jest już pełnoletnia. Pomimo tego, że była od zawsze bardzo silna i dojrzała jak na swój wiek to teraz jest pełnoprawnie dorosła. Kiedy wrócimy do domu to urządzę jej naprawdę niesamowitą niespodziankę, ale teraz oboje musimy się zadowolić kwiatami.
Dojechałem na parking pod szpitalem i zaparkowałem auto. Szybko wysiadłem z pojazdu i zamknąłem. Skierowałem się niemal biegiem w stronę drzwi szpitala. Chciałem obudzić Emilię i od razu złożyć jej życzenia. Podszedłem do recepty, zapytałem się czy można już odwiedzić bliskich. Recepcjonistka nie miała jakichkolwiek przeciwwskazań, więc swobodnie ruszyłem do windy. Poczekałem chwilę, opierając się o ścianę. Zanim drzwi się otworzyły, poobserwowałem ludzi. Wszyscy tacy przygaszeni, cierpiący, smutni. Przeciwieństwo mnie. Ja wiedziałem, że teraz wszystko jest na najlepszej drodze.
Z Małym jest już lepiej, z Emilką również. Będę musiał zaprowadzić ją jeszcze do psychologa, ale radzi sobie już lepiej. Wszedłem do windy i nacisnąłem przycisk. Jechałem dosłownie jakieś 30 sekund, po czym udałem się do sali. Cicho otworzyłem drzwi. Cicho, ciemno - jeszcze śpi. Podszedłem do łóżka i usiadłem na stołku.
- Kochanie.. - zacząłem.
Nie odpowiedziała.
- Emilia.. - zacząłem potrząsać o jej ramię.
Znowu brak odzewu.
- Emilia!
Nic.
Odkryłem kołdrę i znalazłem powód braku odpowiedzi.
Jej tam po prostu nie było. Ale w pierwszej chwili pomyślałem, że poszła do łazienki. Niestety po jakiś 10 minutach czekania, nie było żadnego znaku życia przy drzwiach. Wybiegłem na korytarz i skierowałem się do łazienek. Tam również nikogo nie ma. Pobiegłem do sali Emilii i zajrzałem do szafy.
Tam.. nic nie było. Jednak po głębszym jej przeszukaniu znalazłem książkę. Odruchowo ją otworzyłem. Przysłowiowo "przeleciałem" wszystkie kartki. Jedna było ponad wyraz. Cała popisana. Tak, to było pismo Emilki.
Przeczytałem jej list. Był i dla rodziców, dla mnie i dla Krystiana.
Nie mogę uwierzyć w to, że nas zostawiła. Mój skarb, z którym miałem stworzyć rodzinę, tak po prostu uciekł. Bez pożegnania. Nic nie mówiąc. Nie chciałem lamentować i zgłosiłem to lekarzowi. Chciałem jej szukać, ale prawnie nie mam o tego podstaw, ponieważ od dzisiaj ma 18 lat. Zadzwoniłem do jej rodziców, którzy byli zszokowani, podobnie jak ja. Poprosiłem lekarza, o spotkanie z Krystianem. widząc w jakim jestem stanie zgodził się.
Podszedłem do inkubatora.
- Cześć Maluszku. Tata jest tutaj. Mamy nie ma i nie będzie. Damy radę sami. W końcu jesteśmy facetami. Lecz nie zapominaj, że mamusia Cię kocha i nigdy nie przestanie.
Perspektywa Emilii
Więc stało się. Już wszystko postanowione. Jestem w samolocie. Lecę do Berlina. Tam dam sobie radę. Dość dobrze znam angielski i niemiecki. Znajdę pracę.
No i przypomniało mi się, że dzisiaj kończę 18 lat. Jestem dorosła, odpowiedzialna, pełnoletnia, ale nigdy bym tak siebie nie opisała.
Ciekawe czy Jasiek i rodzice już wiedzą.
Jeżeli wiedzą to jak zareagowali.
Ciekawe jak się czuje Krystian.
Czy zapomni o mnie.
Czy Jasiek wie, że go naprawdę kocham.
Ciekawe co mi przyniesie jutro.
Jutro.. i w dalszej przyszłości.
Zaczynam wszystko od początku.
******
A więc taki krótki rozdział (czyt. epilog). Nie nie martwcie się, nie będzie od początku.
Koniec I sezonu. Tam na dole możecie napisać co się Wam podobało, a co nie.
A przez wakacje jest pomysł, że będą dwa blogi, ale zobaczymy.
Do zobaczenia z Emilią i Jankiem za 2 tygodnie! :D
poniedziałek, 22 czerwca 2015
Rozdział 49
Wieczór, tego samego dnia
Jasiek cały czas siedział przy mnie, nie spuszczając ze mnie oka. Może domyślał się co planuje? Rodzice przywieźli mi ubrania i 1/4 kwoty, którą uzbierałam od wakacji, poprzedniego roku. Reszta zostaje dla Jasia i Krystiana, wystarczy im 9 tysięcy na ok. 3-4 miesiące. Janek też ma oszczędności, a ja sobie sama poradzę, znajdę pracę.
- O czym myślisz?
- O niczym.. - odwróciłam się w stronę chłopaka.
- Mam do Ciebie pytanie.. - zaczął niepewnie.
- Słucham. - ukląkł, a ja byłam już pewna co chce mi powiedzieć.
- A więc. Czy spełniłabyś moje największe marzenie i sprawiłabyś, że budziłbym się obok Ciebie codziennie. Był z Tobą 24 godziny na dobę. Patrzył jak płaczesz i krzyczysz oraz jak się uśmiechasz, śpiewasz lub tańczysz. Czy zostałabyś moją żoną? Uczyniłabyś mnie tym szczęściarzem?- patrzył na mnie, trzymając w dłoni czerwone pudełeczko w kształcie serduszka ze srebrnym pierścionkiem z małym diamencikiem.
Nie wiedziałam co powiedzieć. W najbliższej przyszłości planowałam.. ucieczkę, a nie wesele oraz ślub. Oczywiście, że chciałabym budzić się obok niego każdego dnia. Przeżywać z nim każdą radość, smutek, rozpacz, strach, ale nie udałoby mi spełnić jego marzenia. "Być szczęśliwym." To było jego marzenie, a ja jak już wspominałam, byłabym przeszkodą do spełnienia go.
Jasiek widział moje zawahanie i szybko wstał.
- Przepraszam, że w takim miejscu. Tu zasługujesz na coś lepszego. Zbłaźniłem się..
- Nie o to chodzi. - przerwałam mu.
- To o co?
- Nie jestem gotowa.
- Nie musisz teraz odpowiadać. - położył dłonie na moich policzkach.
"Już nigdy nie odpowiem Ci na to pytanie, ale pamiętaj KOCHAM CIĘ".
W odpowiedzi jedynie kiwnęłam głową. Wiedziałam, że jeżeli podniosę ton głosu chociaż o półtonu, od razu się rozpłaczę. Janek dał znak, że mnie wspiera w każdej mojej decyzji i pocałował mnie w czoło.
- Jasiek..
- Hm?
- Idź do domu..
- Ale..
- Jesteś zmęczony.
- Nie chcę. Muszę być z Wami.
- Jutro do nas wrócisz.
- No dobrze. Wracam jutro o 7:00. - dał mi buziaka w nosek.
- Pamiętaj, że Cię kocham. - powiedziałam za nim wyszedł.
- Ja Ciebie też.
No i zostałam sama. Jest godzina 22:00, mam czas do ok. 5:00. Zaczęłam się przygotowywać. Z szafy wyjęłam torbę i zaczęłam przekładać potrzebne rzeczy. Spakowałam bluzki, spodnie, t-shirty, trzy pary butów, płaszcz i kilka bluz czy sweterków. W kieszeń torby włożyłam kosmetyczkę. Na jutrzejszą ucieczkę naszykowałam czerwoną koszulę z cienkiego materiału bez rękawków, krótkie, białe spodenki, biały żakiet, oraz czerwone trampki za kostkę. Nikt nie może rozpoznać, że jestem matką. Muszę ciągle ubierać się młodzieżowo. Spakowany bagaż włożyłam pod łóżko, a sama poszłam do łazienki, ażeby odświeżyć się przed podróżą. Spojrzałam w lustro. I zaczęłam mówić sama do siebie, nie wiem co mnie naszło.
- Przepraszam Was, ale nie mogę inaczej. Uciekam, ale cały czas będę z Wami w sercu. Może zachowuję się jak tchórz, ale nie jestem nim. Boli mnie tak samo jak Was. A no i pamiętam i nigdy nie zapomnę. - po tych słowach nie mogłam już na siebie patrzeć i od razu weszłam pod prysznic.
W głowie toczyła się prawdziwa wojna. Uciekać i dać być innym szczęśliwym czy zostać i być już na zawsze z Jasiem lub patrzeć jak Krystianek dorasta. Nie wiem, zdecyduje już tylko ta noc. Ale trzeba się jakoś z nimi pożegnać.. napisze list. Tak na wszelki wypadek.
Wróciłam do sali i rzuciłam się bezsilnie na łóżku. Czułam, że to ostatnie chwile w tym mieście. Szkoda tylko, że nie mogę się z nimi pożegnać "twarzą w twarz". Muszę zostawić list.
Z torby, wyjęłam książkę, którą dostałam żeby mi się nie nudziło i wyrwałam końcową kartkę. Spojrzałam na nią i zaczęłam pisać"
Jechaliśmy kolejne 1,5h. Pewnie będę musiała zapłacić dość dużo. Ale kiedy dojechaliśmy taksówkarz nie chciał nawet napiwka. Jak na taki smutny dzień, to zaczął się całkiem nieźle.
Jasiek cały czas siedział przy mnie, nie spuszczając ze mnie oka. Może domyślał się co planuje? Rodzice przywieźli mi ubrania i 1/4 kwoty, którą uzbierałam od wakacji, poprzedniego roku. Reszta zostaje dla Jasia i Krystiana, wystarczy im 9 tysięcy na ok. 3-4 miesiące. Janek też ma oszczędności, a ja sobie sama poradzę, znajdę pracę.
- O czym myślisz?
- O niczym.. - odwróciłam się w stronę chłopaka.
- Mam do Ciebie pytanie.. - zaczął niepewnie.
- Słucham. - ukląkł, a ja byłam już pewna co chce mi powiedzieć.
- A więc. Czy spełniłabyś moje największe marzenie i sprawiłabyś, że budziłbym się obok Ciebie codziennie. Był z Tobą 24 godziny na dobę. Patrzył jak płaczesz i krzyczysz oraz jak się uśmiechasz, śpiewasz lub tańczysz. Czy zostałabyś moją żoną? Uczyniłabyś mnie tym szczęściarzem?- patrzył na mnie, trzymając w dłoni czerwone pudełeczko w kształcie serduszka ze srebrnym pierścionkiem z małym diamencikiem.
Nie wiedziałam co powiedzieć. W najbliższej przyszłości planowałam.. ucieczkę, a nie wesele oraz ślub. Oczywiście, że chciałabym budzić się obok niego każdego dnia. Przeżywać z nim każdą radość, smutek, rozpacz, strach, ale nie udałoby mi spełnić jego marzenia. "Być szczęśliwym." To było jego marzenie, a ja jak już wspominałam, byłabym przeszkodą do spełnienia go.
Jasiek widział moje zawahanie i szybko wstał.
- Przepraszam, że w takim miejscu. Tu zasługujesz na coś lepszego. Zbłaźniłem się..
- Nie o to chodzi. - przerwałam mu.
- To o co?
- Nie jestem gotowa.
- Nie musisz teraz odpowiadać. - położył dłonie na moich policzkach.
"Już nigdy nie odpowiem Ci na to pytanie, ale pamiętaj KOCHAM CIĘ".
W odpowiedzi jedynie kiwnęłam głową. Wiedziałam, że jeżeli podniosę ton głosu chociaż o półtonu, od razu się rozpłaczę. Janek dał znak, że mnie wspiera w każdej mojej decyzji i pocałował mnie w czoło.
- Jasiek..
- Hm?
- Idź do domu..
- Ale..
- Jesteś zmęczony.
- Nie chcę. Muszę być z Wami.
- Jutro do nas wrócisz.
- No dobrze. Wracam jutro o 7:00. - dał mi buziaka w nosek.
- Pamiętaj, że Cię kocham. - powiedziałam za nim wyszedł.
- Ja Ciebie też.
No i zostałam sama. Jest godzina 22:00, mam czas do ok. 5:00. Zaczęłam się przygotowywać. Z szafy wyjęłam torbę i zaczęłam przekładać potrzebne rzeczy. Spakowałam bluzki, spodnie, t-shirty, trzy pary butów, płaszcz i kilka bluz czy sweterków. W kieszeń torby włożyłam kosmetyczkę. Na jutrzejszą ucieczkę naszykowałam czerwoną koszulę z cienkiego materiału bez rękawków, krótkie, białe spodenki, biały żakiet, oraz czerwone trampki za kostkę. Nikt nie może rozpoznać, że jestem matką. Muszę ciągle ubierać się młodzieżowo. Spakowany bagaż włożyłam pod łóżko, a sama poszłam do łazienki, ażeby odświeżyć się przed podróżą. Spojrzałam w lustro. I zaczęłam mówić sama do siebie, nie wiem co mnie naszło.
- Przepraszam Was, ale nie mogę inaczej. Uciekam, ale cały czas będę z Wami w sercu. Może zachowuję się jak tchórz, ale nie jestem nim. Boli mnie tak samo jak Was. A no i pamiętam i nigdy nie zapomnę. - po tych słowach nie mogłam już na siebie patrzeć i od razu weszłam pod prysznic.
W głowie toczyła się prawdziwa wojna. Uciekać i dać być innym szczęśliwym czy zostać i być już na zawsze z Jasiem lub patrzeć jak Krystianek dorasta. Nie wiem, zdecyduje już tylko ta noc. Ale trzeba się jakoś z nimi pożegnać.. napisze list. Tak na wszelki wypadek.
Wróciłam do sali i rzuciłam się bezsilnie na łóżku. Czułam, że to ostatnie chwile w tym mieście. Szkoda tylko, że nie mogę się z nimi pożegnać "twarzą w twarz". Muszę zostawić list.
Z torby, wyjęłam książkę, którą dostałam żeby mi się nie nudziło i wyrwałam końcową kartkę. Spojrzałam na nią i zaczęłam pisać"
( do każdego jest osobny list! )
Cześć Mamo! Cześć Tato!
Nie wiem czy mogę Was tak nazywać po tym co zrobiłam.
Opuściłam Was.. tak bardzo Was zawiodłam.
Przepraszam. Wiem, że to nic nie zmieni, że nadal będziecie mnie nienawidzić,
ale chcę tylko i wyłącznie waszego szczęścia.
Możecie mi nie wierzyć, mówić, że źle postępuje, ale
kiedy to czytacie ja jestem już daleko.
Nie szukajcie mnie, ale nie zapominajcie, ze mieliście kiedyś córkę,
która była całym Waszym światem, i chociaż nie wiecie gdzie teraz jest to nadal
ją gdzieś tam w głębi serduszka kochacie.
Jeszcze raz..
Przepraszam i KOCHAM WAS!
Po napisaniu dopiero pierwszego listu, kartka była już cała mokra od sączących się z moich oczu łez bezradności, ale pewności siebie.
Jasiu..
Wiem, że nie wybaczysz mi tego co zrobiłam,
teraz Cię skrzywdziłam, ale wiedz, że kiedyś będziesz mi za to dziękował.
Może i uważasz mnie za zimną sukę bez uczuć, ale nie gniewam się.
Proszę nawet, abyś o mnie tak myślał... będzie Ci łatwiej zapomnieć
i nie będziesz miał jakichkolwiek wyrzutów sumienia.
Przepraszam, że zostawiam Cię samego, ale ja będę z Wami...
sercem, nie duchem.
Uwierz mi nie jestem Ci potrzebna do szczęścia. Masz Krystiana.
Jesteś młody, silny, pracowity, przystojny.. znajdziesz dziewczynę, która Cię uszczęśliwi.
Nie martw się o mnie.
Kocham Cię, kochanie.
Teraz dosłownie dławiłam się łzami. Nie ma słów, które mogłyby opisać jak bardzo się nienawidziłam.
Witaj, Synku!
Kiedy to czytasz to masz jakieś 5-6 lat.
Umiesz już czytać! Mamusia jest z Ciebie taka dumna.
Znasz juz wszystkie litery.
Pewnie mnie już nie pamiętasz, ale nie martw się jestem z Tobą w serduszku.
I nie myśl sobie, że mama Cię nie kocha, wręcz przeciwnie.
Mama kocha Cię jak nikt inny!
Powiedz Tatusiowi, że mama Was kocha!
Kocham!
Twoja mama!
Musiałam odłożyć już długopis. Czuję, że nie potrafię od tego momentu sklecić nawet najprostszego zdania.
Poszłam spać, bo w końcu musiałam wstać przed godziną 6:00.
Następny dzień. Godzina 5:30.
Obudził mnie dźwięk budzika, nastawionego dzień wcześniej. Od razu wstałam, nie ścieląc łóżka, zabrałam torbę i ubrania, od razu kierując się do łazienki. Przebrałam się i uczesałam. Szybko wyszłam z toalety, a z toalety do wyjścia. Nikt mnie o nic nie pytał co mi nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. Zadzwoniłam po taksówkę. Auto przyjechało po jakiś 10 minutach.
- Dzień dobry.
- Witam! Gdzie jedziemy?
- Na lotnisko..
Jechaliśmy kolejne 1,5h. Pewnie będę musiała zapłacić dość dużo. Ale kiedy dojechaliśmy taksówkarz nie chciał nawet napiwka. Jak na taki smutny dzień, to zaczął się całkiem nieźle.
Weszłam do pomieszczenia. Pomimo wczesnej pory, na lotnisku było pełno ludzi. Wszyscy się gdzieś śpieszyli, tylko ja miałam całe życie. Byłam.. wolna? Jednocześnie miałam rodzinę, ale byłam sama na tym świecie..
******
Jeszcze epilog!
Jeszcze epilog!
sobota, 20 czerwca 2015
Rozdział 48
Płakałam.. płakałam, dławiąc się łzami. Nie dość, że mojej małej Klementynki już nie ma to Krystianek.. tak bardzo nie chcę o tym myśleć. Chcę tylko zobaczyć mojego chłopczyka, mojego małego chłopczyka, którego nosiłam w brzuszku pod serduszkiem aż 8 miesięcy. A może tylko 8 miesięcy? Zapewne przez moją nieodpowiedzialność teraz jestem tutaj sama, Jasiek jedzie do mnie, zapewne ledwo "wyrabiając" na zakrętach, Krystian walczy o życie, a Klemysi już z nami nie ma. Nadal płacząc przejechałam moimi zimnymi dłońmi po brzuchu. Czując, że jestem pusta? Nie wiem jak to określić. Wiedziałam, że w moim brzuchu nie ma już życia, na które tak bardzo czekałam. Chowając głowę pomiędzy kolana, rozpłakałam się jeszcze bardziej, chociaż nie byłam pewna czy w tamtym momencie jest to jeszcze możliwe. Usłyszałam ciche skrzypienie drzwi, i z przyzwyczajenia spojrzałam w tamtą stronę. Zza białych, szpitalnych drzwi wyszła rozmazana postać. Rozmazana, z wiadomego powodu.. Łzy ograniczały moje pole widzenia, dosyć znacznie pogarszając mój wzrok. Poznałam, że postacią stojącą już w tym momencie obok mnie był Jasiek. Złapał mnie za dłoń, wyzwalając ją z ucisku drugiej dłoni. Podniósł ją lekko, ale ja nie zwracałam na to uwagi. Pocałował jej wierzch i usiadł na stołku, który wyjął z pod łóżka. Położył ją na łóżku, ciągle trzymając. Poczułam jak na moim nadgarstku, pojawiły się pojedyncze łzy, spływające nieregularnie. Po jakiś 5 minutach i Jasiek płakał. Chyba dowiedział się od lekarza co się stało. Nie wytrzymując wstałam z łóżka i podeszłam do okna, za którym świecił jasny księżyc. Po moich polikach spływały już tylko pojedyncze łzy. Łzy, których wcześniej nie umiałam opanować, teraz samoistnie zatrzymały się dając mi się zastanowić i odpocząć od ich natłoku.
- Emilia.. - Jasiek podszedł do mnie, obejmując mnie od tyłu i kładąc swoje czoło na moim ramieniu.
Nie odezwałam się, ani słowem. Nie miałam siły, jakby wszystkie dzisiejsze wydarzenia odebrały mi całą chęć do życia. Oparłam swoje dłonie o parapet. Patrzyłam w niebo, mieniące się jasnymi, mocno świecącymi gwiazdami. Powieki opadały i podnosiły się w wolnym tempie. Janek jak zaczarowany został w tej samej pozycji, zresztą ja też. Nieoczekiwanie Jasiek odwrócił mnie w swoją stronę i złapał swoimi drżącymi dłońmi za moje czerwone, podrażnione policzki.
- Nie płacz już, kochanie.
- Ale.. - głos mi się załamał.
- Ci.. - wtuliłam się w niego.
- Dlaczego? - powiedziałam.
- Dlaczego ja?! - w tym momencie nieznacznie podniosłam głos.
- Nie płacz, Emilia. - nie tylko mi łamał się głos.
Podniosłam wzrok patrząc się w jasną twarz bruneta, oświeconą przez światło księżyca, który był aktualnie w pełni. W jego oczach dojrzałam po raz kolejny szklanki.
- Dlaczego! - krzyknęłam.
- Za co! - nie powstrzymałam się i zaczęłam wymachiwać rękoma.
Byłam tak cholernie mocno rozbita. Tak cholernie mocno rozdarta uczuciowo. Czułam się beznadziejnie fizycznie jak i psychicznie.
- Cholera! Za co! Co ja zrobiłam, że Bóg mnie tak nienawidzi! Co! - krzyczałam Jankowi w twarz, nie przestając machać rękoma.
- Nie mów tak.. - Janek złapał je, a ja się wyrwałam.
Zaczęłam bić w klatkę piersiową chłopaka. Wiedziałam, że on nie jest niczemu winny, ale musiałam wyrzucić to wszystko z siebie.
- To moja wina! - krzyczałam.
- Emilia! - już tym razem mocniej zacisnął swoje dłonie, na moich nadgarstkach, abym się nie wyrwała.
W jednym momencie znowu się rozpłakałam. Miałam tak bardzo dość siebie. Brzydziłam się samą sobą. Wiedziałam, że gdybym była wtedy z Jaśkiem, gdybym nie była tak cholernie dumna i zazdrosna to nigdy nie straciłabym dziecka, a Krystian na pewno teraz byłby już tu, ze mną, z nami, ale nie! Moja cholerna zazdrość jest ważniejsza!
- Przepraszam.. - głos mi się łamał
- Nie masz za co to nie Twoja wina. - natychmiastowo wtulił mnie w swoją umięśnioną klatkę piersiową.
- Moja.. - płakałam.
- Gdybym wtedy nie poszła od Ciebie to prawdopodobnie siedzielibyśmy tutaj z naszymi dziećmi na rękach..
- Kochanie.. to niczyja wina. - Jaś też płakał.
Był wtedy taki niewinny. Nieśmiały, ale pewny siebie. Słodki, ale przerażony. Wiedziałam, że w głębi obwinia nie mnie, ale siebie. Tylko i wyłącznie siebie, gdyż pozwolił na oddalenie się ode niego.
- Nie płacz, damy radę. Ty, ja i nasz synek. - nie obwiniał mnie.
Kochałam go za to. Kochałam go za to, że chociaż sam był rozbity psychicznie i fizycznie, ale nadal mnie pocieszał i nie dopuszczał, abym ja znalazła się w takim stanie. Niestety to nie pomaga. Nadal boli jak diabli. Boli tak mocno jakby ktoś, z dużym zamachem wbił ci ostry niczym brzytwa, sztylet prosto w sam środek i tak mocno skrzywdzonego serca. Właściwie, sama nie wiem czy nie gorzej.
Byłam już tak bardzo zmęczona, tak bardzo, że zasnęłam ze łzami w oczach, wtulona w ciepłą klatkę Janka.
Godzina 8:00 nad ranem, następnego dnia.
Obudziłam się na łóżku, wtulona w pościel. Kiedy chciałam się przekręcić, coś uniemożliwiło mi ten ruch. To była ręka Jasia, trzymająca moją dłoń, na tyle mocno, jakbym miała opuścić go za chwilkę i to na zawsze.
Spojrzałam na chłopaka. Spał. Jego głowa leżała na szpitalnym łóżku. Delikatnie puściłam go i wstałam. Przeczesałam dłonią swoje włosy, podchodząc do okna.
- A gdyby faktycznie tak po prostu zniknąć?- przez moją głowę przemknęła dość dziwna, jak na mnie myśl.
- Gdyby wyjechać, zapomnieć, o Jasiu, o Krystianie, rodzicach. Zacząć wszystko od nowa i dać być szczęśliwym innym. Ja im to uniemożliwiam. Boję się, że będą przeze mnie niespełnieni, nieszczęśliwi. Dobrze by było jakbym uciekła, zniknęła z ich życia, raz na zawsze. Ten pomysł co raz bardziej mi się podobał, chciałam to złe określenie, ale musiałam to zrobić, żeby dać możliwość innym być szczęśliwym. Jedna smutna osoba za pięciu szczęśliwych. Tak, muszę to zrobić. Ale dopiero jutro rano, dzisiaj się muszę przygotować. Położyłam się na łóżku i położyłam swoją dłoń na policzku chłopaka. Był mokry, musiał jeszcze nie dawno płakać.
- Przepraszam, ale muszę. - powiedziałam, całując go w czółko, czym go obudziłam.
- Wstałaś już? Powinnaś odpoczywać. - pocałował moją dłoń.
- Nie jestem zmęczona.
- Jak się czujesz?
- Chciałabym zobaczyć się z Krystiankiem i rodzicami. Możesz to jakoś.. załatwić?
- Tak. - pocałował mnie krótko w usta i wyszedł, zapewniając, że wróci z dobrymi wieściami.
Ja w tym czasie wyszłam z sali, kierując się w stronę łazienki. Weszłam do pomieszczenia i spojrzałam w lustro. Wyglądałam okropnie. Spuchnięte od płaczu oczy, roztrzepane włosy, sucha skóra, spierzchnięte usta. Weszłam do kabiny, załatwiając swoją potrzebę.
Weszłam do sali, tam czekał na mnie Jaś z rodzicami. Zobaczyłam w ręce mojego taty torbę z moimi rzeczami. To dobrze, nie będę musiała martwić się o wygląd.
- Jesteś gotowa? Lekarz na nas czeka. - chłopak złapał mnie za rękę.
- Muszę się ogarnąć, bo wyglądam jak wampir. - uśmiechnęłam się blado, nie dając po sobie poznać moich planów.
- Tato.. podasz mi torbę? - zapytałam.
- Tak. - odpowiedział.
Podał mi torbę, a ja z powrotem wróciłam do łazienki. Ubrałam krótkie, szare dresowe spodenki i czarną bokserkę. Umyłam i wysuszyłam włosy. Zebrałam moje rzeczy i wróciłam do pokoju.
- Już jestem. Idziemy? - wszyscy spojrzeli na mnie ze zdziwieniem.
Pewnie myśleli, że nie poradzę sobie psychicznie i nie będę się zachowywać normalnie. Mieli rację, możliwe, że z zewnątrz wyglądałam na oazę spokoju, ale wewnątrz umierałam z niepokoju i byłam rozdarta emocjonalnie.
Jasiek kiwnął głową po czym złapał mnie za rękę. Kierowaliśmy się w stronę pokoju lekarzy. Jaś cicho zapukał, usłyszałam tylko ciche "Proszę". Weszliśmy do środka.
- Jesteśmy gotowi. - powiedział pewnie Janek.
- Dobrze, proszę za mną. - ruszyliśmy za lekarzem, który prawdopodobnie prowadził nas do mojego, do naszego dziecka, które przez moją głupotę, walczyło o życie. Przekroczyliśmy próg kolejnego, już trzeciego oddziału. Prawie na każdym kroku było widać chorych, cierpiących ludzi. Czuli się pewnie źle fizycznie i psychicznie, podobnie jak ja. Ale nie mogę o tym myśleć, wiem że nie liczy się moje szczęście, ale wszystkich innych, moich bliskich. Kiedy doszliśmy na odpowiedni oddział, weszliśmy do mniejszego pomieszczenia z szybą.
- Jest pani gotowa?
- Tak. - powiedziałam szeptem, czując, że jeżeli powiem to głośniej, momentalnie się rozpłaczę.
Oboje założyliśmy fartuchy i weszliśmy do pomieszczenia. Mój mały chłopczyk spał, spał w inkubatorze, walcząc jednocześnie o życie. Po moich policzkach spłynęły łzy, dające do zrozumienia, że to moja wina. Ze to, że w tym momencie cierpi to moja wina.
- Mogę z nim zostać na chwilę sama? - odwróciłam wzrok w stronę mojego chłopaka.
- Tak, ale..
- Proszę.
- No dobrze. - pocałował mnie w czoło, po czym wyszedł zostawiając mnie samą w pomieszczeniu.
- Hej mały. - kucnęłam przy maluszku, chcąc przyjrzeć mu się bliżej.
- Mamusia jest już przy Tobie.. niestety nie na długo. Zrozum, że chcę abyś był szczęśliwy, razem z tatusiem. Ja będę daleko, ale nigdy o Was nie zapomnę. Będę zawsze z Wami, będę w Twoim serduszku. Przykro mi, że musisz teraz przeze mnie tak cierpieć. Ale będzie już tylko lepiej. Będziecie szczęśliwi, ja też nie martw się. Pamiętaj mama Cię kocha i nigdy o tym nie zapominaj, kiedyś Cię odwiedzę, ale ty mnie nie będziesz widział. Kocham Cię. - wstałam i odeszłam, próbując się nie rozpłakać do maksimum.
Chciałam go dotknąć, ale wiedziałam, że sprawiłabym mu tym jeszcze większe cierpienie. Wyszłam z sali i złapałam rękę Jasia.
- Chodźmy.
- Nie płacz, kochanie. Już nigdy nie płacz, będzie już naprawdę dobrze. Mały cierpi, ale jeżeli w ten dzień będzie dobrze, to już nic się nie stanie. Będziemy szczęśliwi, razem. - miałam ochotę się rozpłakać.
Nie chciałam od niego odchodzić, sprawię mu tym ból, ale będzie lepiej, osobno.
- Chodź. - chciałam znaleźć się w pokoju, uciec i jednocześnie dać szczęście moim bliskim. Byłam pewna, że dobrze postąpię. Weszliśmy do mojej sali, gdzie czekali już moi rodzice.
- Skarbie, usiądź. - powiedziała mama.
Usiadłam na łóżku, po turecku, zakładając ręce na piersi.
- Wiem, że cierpisz teraz, ale masz dla kogo żyć. Masz mnie, tatę, Jasia, a przede wszystkim Małego. - złapała mnie za rękę, jakbym miała 10 lat, a ona mi tłumaczyła co się dzieję, jak się dorasta. Nasza rozmowa wtedy wyglądała tak samo.
Życie było tak piękne. Miałam 10 lat i jedyne czego się bałam to tego, że lada moment mogę dostać okresu. Chodziłam do IV klasy, gdzie liczyło się jedynie to jak bardzo różowy masz plecak. Życie było takie beztroskie, a ja tak za tym tęskniłam.
- Ale ja nie mam zamiaru popełniać samobójstwa.
- Wiem.. ale.
- Spokojnie. Mam prośbę.
- Jaką?
- Przywieziecie mi więcej ubrań i jakieś 3000 zł z moich oszczędności?
- No dobrze, ale.. po co?
- Chcę ładnie wyglądać nawet w szpitalu, a 3000 zł potrzebne mi, gdyż.. koleżanka ze szkoły chciałam pożyczyć przy odwiedzinach.
- Dobrze, kochanie.
- Skarbie.. - zaczęłam, odwracając się w stronę Janka.
- Zawołasz lekarza?
- Źle się czujesz? - zaniepokoił się
- Nie.. nic z tych rzeczy.
- Dobrze już idę.
Po jakiś trzech minutach wrócił Jasio, wraz z lekarzem.
- Możemy porozmawiać w cztery oczy? - zwróciłam się do rodziny. Wszyscy jak na zawołanie wyszli prócz Jasia.
- Mogę zostać?
- Tak.
- Więc o co chodzi, miła pani? - wtrącił się lekarz.
- Chciałabym uzupełnić dokumenty mówiące o tym kto jest ojcem, a kto matką, gdyż nie mam ślubu.
- Dobrze, proszę chwile poczekać.
Po chwili wrócił z czerwoną teczką w rękach. Wyjął kilka dokumentów. Podpisałam, gdzie miałam podpisać. Z niecierpliwością czekałam aż lekarz uzupełni rubryczkę "matka" oraz "ojciec". Chciałam aby Krystian był bezpieczny.
******
Przepraszam za brak rozdziałów. Sama Wam daj kij, żebyście mnie pobili. Jeszcze 1 rozdział i podsumowanie. Taki "epilog". Na wakacje mam naprawdę świetny pomysł, i nie chodzi tutaj o tego bloga. W wakacje będę uskuteczniać współprace z autorką jednego z świetnych i moich ulubionych blogów, czyli z Kingą Janiszewską, autorką "Love makes us liars"
http://love-makes-usliars.blogspot.com/#_=_
Jeszcze opiszę dokładniej całą tą sytuacje i jak to będzie wyglądać :D
Mam nadzieję, że rozdział się podobał. Jak myślicie Emilia robi słusznie uciekając? Napiszcie w komentarzach co o tym myślicie. Do zobaczenia.
- Emilia.. - Jasiek podszedł do mnie, obejmując mnie od tyłu i kładąc swoje czoło na moim ramieniu.
Nie odezwałam się, ani słowem. Nie miałam siły, jakby wszystkie dzisiejsze wydarzenia odebrały mi całą chęć do życia. Oparłam swoje dłonie o parapet. Patrzyłam w niebo, mieniące się jasnymi, mocno świecącymi gwiazdami. Powieki opadały i podnosiły się w wolnym tempie. Janek jak zaczarowany został w tej samej pozycji, zresztą ja też. Nieoczekiwanie Jasiek odwrócił mnie w swoją stronę i złapał swoimi drżącymi dłońmi za moje czerwone, podrażnione policzki.
- Nie płacz już, kochanie.
- Ale.. - głos mi się załamał.
- Ci.. - wtuliłam się w niego.
- Dlaczego? - powiedziałam.
- Dlaczego ja?! - w tym momencie nieznacznie podniosłam głos.
- Nie płacz, Emilia. - nie tylko mi łamał się głos.
Podniosłam wzrok patrząc się w jasną twarz bruneta, oświeconą przez światło księżyca, który był aktualnie w pełni. W jego oczach dojrzałam po raz kolejny szklanki.
- Dlaczego! - krzyknęłam.
- Za co! - nie powstrzymałam się i zaczęłam wymachiwać rękoma.
Byłam tak cholernie mocno rozbita. Tak cholernie mocno rozdarta uczuciowo. Czułam się beznadziejnie fizycznie jak i psychicznie.
- Cholera! Za co! Co ja zrobiłam, że Bóg mnie tak nienawidzi! Co! - krzyczałam Jankowi w twarz, nie przestając machać rękoma.
- Nie mów tak.. - Janek złapał je, a ja się wyrwałam.
Zaczęłam bić w klatkę piersiową chłopaka. Wiedziałam, że on nie jest niczemu winny, ale musiałam wyrzucić to wszystko z siebie.
- To moja wina! - krzyczałam.
- Emilia! - już tym razem mocniej zacisnął swoje dłonie, na moich nadgarstkach, abym się nie wyrwała.
W jednym momencie znowu się rozpłakałam. Miałam tak bardzo dość siebie. Brzydziłam się samą sobą. Wiedziałam, że gdybym była wtedy z Jaśkiem, gdybym nie była tak cholernie dumna i zazdrosna to nigdy nie straciłabym dziecka, a Krystian na pewno teraz byłby już tu, ze mną, z nami, ale nie! Moja cholerna zazdrość jest ważniejsza!
- Przepraszam.. - głos mi się łamał
- Nie masz za co to nie Twoja wina. - natychmiastowo wtulił mnie w swoją umięśnioną klatkę piersiową.
- Moja.. - płakałam.
- Gdybym wtedy nie poszła od Ciebie to prawdopodobnie siedzielibyśmy tutaj z naszymi dziećmi na rękach..
- Kochanie.. to niczyja wina. - Jaś też płakał.
Był wtedy taki niewinny. Nieśmiały, ale pewny siebie. Słodki, ale przerażony. Wiedziałam, że w głębi obwinia nie mnie, ale siebie. Tylko i wyłącznie siebie, gdyż pozwolił na oddalenie się ode niego.
- Nie płacz, damy radę. Ty, ja i nasz synek. - nie obwiniał mnie.
Kochałam go za to. Kochałam go za to, że chociaż sam był rozbity psychicznie i fizycznie, ale nadal mnie pocieszał i nie dopuszczał, abym ja znalazła się w takim stanie. Niestety to nie pomaga. Nadal boli jak diabli. Boli tak mocno jakby ktoś, z dużym zamachem wbił ci ostry niczym brzytwa, sztylet prosto w sam środek i tak mocno skrzywdzonego serca. Właściwie, sama nie wiem czy nie gorzej.
Byłam już tak bardzo zmęczona, tak bardzo, że zasnęłam ze łzami w oczach, wtulona w ciepłą klatkę Janka.
Godzina 8:00 nad ranem, następnego dnia.
Obudziłam się na łóżku, wtulona w pościel. Kiedy chciałam się przekręcić, coś uniemożliwiło mi ten ruch. To była ręka Jasia, trzymająca moją dłoń, na tyle mocno, jakbym miała opuścić go za chwilkę i to na zawsze.
Spojrzałam na chłopaka. Spał. Jego głowa leżała na szpitalnym łóżku. Delikatnie puściłam go i wstałam. Przeczesałam dłonią swoje włosy, podchodząc do okna.
- A gdyby faktycznie tak po prostu zniknąć?- przez moją głowę przemknęła dość dziwna, jak na mnie myśl.
- Gdyby wyjechać, zapomnieć, o Jasiu, o Krystianie, rodzicach. Zacząć wszystko od nowa i dać być szczęśliwym innym. Ja im to uniemożliwiam. Boję się, że będą przeze mnie niespełnieni, nieszczęśliwi. Dobrze by było jakbym uciekła, zniknęła z ich życia, raz na zawsze. Ten pomysł co raz bardziej mi się podobał, chciałam to złe określenie, ale musiałam to zrobić, żeby dać możliwość innym być szczęśliwym. Jedna smutna osoba za pięciu szczęśliwych. Tak, muszę to zrobić. Ale dopiero jutro rano, dzisiaj się muszę przygotować. Położyłam się na łóżku i położyłam swoją dłoń na policzku chłopaka. Był mokry, musiał jeszcze nie dawno płakać.
- Przepraszam, ale muszę. - powiedziałam, całując go w czółko, czym go obudziłam.
- Wstałaś już? Powinnaś odpoczywać. - pocałował moją dłoń.
- Nie jestem zmęczona.
- Jak się czujesz?
- Chciałabym zobaczyć się z Krystiankiem i rodzicami. Możesz to jakoś.. załatwić?
- Tak. - pocałował mnie krótko w usta i wyszedł, zapewniając, że wróci z dobrymi wieściami.
Ja w tym czasie wyszłam z sali, kierując się w stronę łazienki. Weszłam do pomieszczenia i spojrzałam w lustro. Wyglądałam okropnie. Spuchnięte od płaczu oczy, roztrzepane włosy, sucha skóra, spierzchnięte usta. Weszłam do kabiny, załatwiając swoją potrzebę.
Weszłam do sali, tam czekał na mnie Jaś z rodzicami. Zobaczyłam w ręce mojego taty torbę z moimi rzeczami. To dobrze, nie będę musiała martwić się o wygląd.
- Jesteś gotowa? Lekarz na nas czeka. - chłopak złapał mnie za rękę.
- Muszę się ogarnąć, bo wyglądam jak wampir. - uśmiechnęłam się blado, nie dając po sobie poznać moich planów.
- Tato.. podasz mi torbę? - zapytałam.
- Tak. - odpowiedział.
Podał mi torbę, a ja z powrotem wróciłam do łazienki. Ubrałam krótkie, szare dresowe spodenki i czarną bokserkę. Umyłam i wysuszyłam włosy. Zebrałam moje rzeczy i wróciłam do pokoju.
- Już jestem. Idziemy? - wszyscy spojrzeli na mnie ze zdziwieniem.
Pewnie myśleli, że nie poradzę sobie psychicznie i nie będę się zachowywać normalnie. Mieli rację, możliwe, że z zewnątrz wyglądałam na oazę spokoju, ale wewnątrz umierałam z niepokoju i byłam rozdarta emocjonalnie.
Jasiek kiwnął głową po czym złapał mnie za rękę. Kierowaliśmy się w stronę pokoju lekarzy. Jaś cicho zapukał, usłyszałam tylko ciche "Proszę". Weszliśmy do środka.
- Jesteśmy gotowi. - powiedział pewnie Janek.
- Dobrze, proszę za mną. - ruszyliśmy za lekarzem, który prawdopodobnie prowadził nas do mojego, do naszego dziecka, które przez moją głupotę, walczyło o życie. Przekroczyliśmy próg kolejnego, już trzeciego oddziału. Prawie na każdym kroku było widać chorych, cierpiących ludzi. Czuli się pewnie źle fizycznie i psychicznie, podobnie jak ja. Ale nie mogę o tym myśleć, wiem że nie liczy się moje szczęście, ale wszystkich innych, moich bliskich. Kiedy doszliśmy na odpowiedni oddział, weszliśmy do mniejszego pomieszczenia z szybą.
- Jest pani gotowa?
- Tak. - powiedziałam szeptem, czując, że jeżeli powiem to głośniej, momentalnie się rozpłaczę.
Oboje założyliśmy fartuchy i weszliśmy do pomieszczenia. Mój mały chłopczyk spał, spał w inkubatorze, walcząc jednocześnie o życie. Po moich policzkach spłynęły łzy, dające do zrozumienia, że to moja wina. Ze to, że w tym momencie cierpi to moja wina.
- Mogę z nim zostać na chwilę sama? - odwróciłam wzrok w stronę mojego chłopaka.
- Tak, ale..
- Proszę.
- No dobrze. - pocałował mnie w czoło, po czym wyszedł zostawiając mnie samą w pomieszczeniu.
- Hej mały. - kucnęłam przy maluszku, chcąc przyjrzeć mu się bliżej.
- Mamusia jest już przy Tobie.. niestety nie na długo. Zrozum, że chcę abyś był szczęśliwy, razem z tatusiem. Ja będę daleko, ale nigdy o Was nie zapomnę. Będę zawsze z Wami, będę w Twoim serduszku. Przykro mi, że musisz teraz przeze mnie tak cierpieć. Ale będzie już tylko lepiej. Będziecie szczęśliwi, ja też nie martw się. Pamiętaj mama Cię kocha i nigdy o tym nie zapominaj, kiedyś Cię odwiedzę, ale ty mnie nie będziesz widział. Kocham Cię. - wstałam i odeszłam, próbując się nie rozpłakać do maksimum.
Chciałam go dotknąć, ale wiedziałam, że sprawiłabym mu tym jeszcze większe cierpienie. Wyszłam z sali i złapałam rękę Jasia.
- Chodźmy.
- Nie płacz, kochanie. Już nigdy nie płacz, będzie już naprawdę dobrze. Mały cierpi, ale jeżeli w ten dzień będzie dobrze, to już nic się nie stanie. Będziemy szczęśliwi, razem. - miałam ochotę się rozpłakać.
Nie chciałam od niego odchodzić, sprawię mu tym ból, ale będzie lepiej, osobno.
- Chodź. - chciałam znaleźć się w pokoju, uciec i jednocześnie dać szczęście moim bliskim. Byłam pewna, że dobrze postąpię. Weszliśmy do mojej sali, gdzie czekali już moi rodzice.
- Skarbie, usiądź. - powiedziała mama.
Usiadłam na łóżku, po turecku, zakładając ręce na piersi.
- Wiem, że cierpisz teraz, ale masz dla kogo żyć. Masz mnie, tatę, Jasia, a przede wszystkim Małego. - złapała mnie za rękę, jakbym miała 10 lat, a ona mi tłumaczyła co się dzieję, jak się dorasta. Nasza rozmowa wtedy wyglądała tak samo.
Życie było tak piękne. Miałam 10 lat i jedyne czego się bałam to tego, że lada moment mogę dostać okresu. Chodziłam do IV klasy, gdzie liczyło się jedynie to jak bardzo różowy masz plecak. Życie było takie beztroskie, a ja tak za tym tęskniłam.
- Ale ja nie mam zamiaru popełniać samobójstwa.
- Wiem.. ale.
- Spokojnie. Mam prośbę.
- Jaką?
- Przywieziecie mi więcej ubrań i jakieś 3000 zł z moich oszczędności?
- No dobrze, ale.. po co?
- Chcę ładnie wyglądać nawet w szpitalu, a 3000 zł potrzebne mi, gdyż.. koleżanka ze szkoły chciałam pożyczyć przy odwiedzinach.
- Dobrze, kochanie.
- Skarbie.. - zaczęłam, odwracając się w stronę Janka.
- Zawołasz lekarza?
- Źle się czujesz? - zaniepokoił się
- Nie.. nic z tych rzeczy.
- Dobrze już idę.
Po jakiś trzech minutach wrócił Jasio, wraz z lekarzem.
- Możemy porozmawiać w cztery oczy? - zwróciłam się do rodziny. Wszyscy jak na zawołanie wyszli prócz Jasia.
- Mogę zostać?
- Tak.
- Więc o co chodzi, miła pani? - wtrącił się lekarz.
- Chciałabym uzupełnić dokumenty mówiące o tym kto jest ojcem, a kto matką, gdyż nie mam ślubu.
- Dobrze, proszę chwile poczekać.
Po chwili wrócił z czerwoną teczką w rękach. Wyjął kilka dokumentów. Podpisałam, gdzie miałam podpisać. Z niecierpliwością czekałam aż lekarz uzupełni rubryczkę "matka" oraz "ojciec". Chciałam aby Krystian był bezpieczny.
******
Przepraszam za brak rozdziałów. Sama Wam daj kij, żebyście mnie pobili. Jeszcze 1 rozdział i podsumowanie. Taki "epilog". Na wakacje mam naprawdę świetny pomysł, i nie chodzi tutaj o tego bloga. W wakacje będę uskuteczniać współprace z autorką jednego z świetnych i moich ulubionych blogów, czyli z Kingą Janiszewską, autorką "Love makes us liars"
http://love-makes-usliars.blogspot.com/#_=_
Jeszcze opiszę dokładniej całą tą sytuacje i jak to będzie wyglądać :D
Mam nadzieję, że rozdział się podobał. Jak myślicie Emilia robi słusznie uciekając? Napiszcie w komentarzach co o tym myślicie. Do zobaczenia.
niedziela, 14 czerwca 2015
Rozdział 47
Staliśmy przed szkołą jakieś 10 minut. Byliśmy tam razem, było ciepło, cicho, cudownie. Pamiętam jak wszedł do naszej klasy spóźniony. Wtedy połowa ładniejszych, chudszych, mądrzejszych lasek patrzyło na niego wzrokiem, jakby chłopaka nigdy nie widzieli. Ja pewnie też tak wyglądałam, ale nie.. ja widziałam tylko jego piękne, brunatne oczy, które ani w milimetrze się nie zmieniły. A najlepsze jest to, że teraz one są tylko dla mnie i tylko na mnie chcą patrzeć każdego poranka. Każde z nas jak sądzę myślało o czymś miłym, o wspólnych wspomnieniach. Zapomnieliśmy o wydarzeniach z przed 8 miesięcy. Teraz mamy wspólne plany, będziemy mieli dom, i co w tamtej chwili najważniejsze.. nasze dzieci. Dwójka małych, kochających nas, tak samo jak my ich szkrabów, wołających mama i tata! Tak to sobie wyobrażam.
- Idziemy? - wzrok Jasia skierował się na mnie.
- Tak. - odpowiedziałam, uśmiechając się.
Ruszyliśmy w stronę cukierni. Rozmawialiśmy, tak jak 20 minut temu, o głupotach. Pomimo tego, że jestem w ciąży i wyglądam jak beczka to nie jestem poważna. Zresztą nigdy nie będę. Doszliśmy do bramki przy cukierni i przekroczyliśmy jej próg. Otworzyliśmy drzwi, rozejrzałam się. Przy jednym stole siedziała kobieta z dzieckiem, przy drugim jakieś dziewczyny z gimnazjum, przy trzecim Weronika i Kinga, przy czwartym.. czekaj.. Weronika i Kinga?! Co one tutaj robią?! Weronika jest na drugim końcu Polski! Nie tutaj! Zerwała ze mną kontakty! A teraz siedzi tu z Kingą, jakby nigdy nic! Właśnie! Z Kingą nie rozmawiałam od 9 miesięcy...
- Jasiek.. - wskazałam głową na dziewczyny.
Kiedy je zobaczył, widocznie się spiął. Nie zrozumiałam dlaczego, ale widząc jego reakcje, mój oddech znacznie przyspieszył. Usiedliśmy przy wolnym stoliku, Janek próbował nie zwracać na nie uwagi, ale mu nie wychodziło i co chwila jego głowa co chwila kierowała się w stronę stołu dziewczyn.
- Coś się stało? -serce biło mi coraz szybciej.
- Nie.. - odwrócił głowę po raz kolejny.
- Co się dzieję! - podniosłam głos.
- Nic, Emilka, spokojnie. - złapał mnie za rękę, ale nie uspokoiłam się ani troszeczkę.
- Tak się bawić nie będę! - wstałam i krzyknęłam na całą cukiernie.
Wiem, że tak nie powinnam, ale to już nie ode mnie zależy. Jestem w ciąży z bliźniakami i mam swoje humory, a Jasiek zaczął mnie już denerwować. Widziałam, że i dziewczyny spojrzały się w naszą stronę. Ja wyszłam z budynku, żeby ochłonąć. Za mną niestety nikt nie wybiegł. Czekałam jeszcze przed cukiernią z około 5 minut, ale zrezygnowałam i poszłam w stronę domu. Było mi smutno, że mnie zostawił, ale nie jest moją własnością i ma do tego prawo. Szłam przez ulice miasta z delikatnie opuszczoną głową. Patrzyłam na moje buty. Zastanawiałam się nad wszystkim. Jestem w 32 tygodniu ciąży. Nie chcę zapeszać, ale oprócz tego incydentu, pomimo mojej choroby nic złego się nie stało. Chociaż było mi smutno, cieszyłam się z naszego szczęścia. Nie pytajcie mnie jak to możliwe, ale ciąża robi swoje. Szłam tak chodnikiem, zamyślona.. nagle poczułam, że upadam na podłoże.
Perspektywa Jasia
Ale ja jestem głupi.. pozwoliłem jej wyjść i nie pobiegłem za nią. Ale Kinga i Weronika. Po co one tu przyszły. Pewnie mają się spotkać z Natalią. Nie mają kontaktu z Emilką. Ja mam z nimi kontakt. Ale co ja mam jej powiedzieć, jeżeli znowu ją skrzywdzę nie będzie już szans na uratowanie naszego związku. Kocham ją, będziemy mieli dzieci, a ja ją nadal okłamuję. Muszę z dziewczynami wyjaśnić tą sprawę. A Emilce powiedzieć wszystko. Pewnie nadal się zastanawia skąd znam Kingę. Ale co ja jej powiem? Cześć kochanie! Pytałaś się mnie kiedyś skąd znam Kingę. A bo to taka stara historia. Dawno temu jak zarabiałem dużo to jeździłem.. powiedzmy szczerze.. jeździłem do pań do towarzystwa. Tak ładnie mówiąc oczywiście. A Kinga była jedną z nich. Może nie było tego widać. Ja ją z tego bagna wyciągnąłem. Robiła to nie dlatego, że nie miała pieniędzy, miała i to bardzo dużo. Robiła to, bo jej się to podobało. Nie rozumiałem jej. Lubiła uprawiać seks. Tak po prostu, a jak jeszcze jej za to płacili. Cudo. Tak mówiła. Ja bardzo ją polubiłem i pomogłem. Byliśmy razem. Dopóki ja się nie wplątałem w to całe gówno. No i się zaczęło. Biłem ją. Brałem narkotyki. Raz próbowałem zgwałcić. Uciekła ode mnie. Nie dziwię jej się. To dlatego na początku się mnie bała. Ale wytłumaczyłem jej wszystko. On zaś wyznała mi, że powróciła do prostytucji i wciągnęła w to Weronikę, a Natalia ma im załatwiać klientów. Pogmatwane, prawda? No, ale dobra.
Kiedy wyszedłem z cukierni od razu skierowałem się w stronę domu Emilii. Niestety kiedy tam dotarłem.. nie zastałem jej w domu. Telefonu też nie odbierała. Ani ode mnie, ani od swojej mamy do której wcześniej zadzwoniłem. Bałem się. O nią, o Krystianka, o Klementynkę, martwiłem się o nich. Wiem, że nie powinienem ich zostawiać samych. Mam zostać ojcem, zarządzać domem, być mężem, powinna być ze mnie dumna. A na razie to jedyny powód jaki daje to powód do smutku i zastanawiania się czy dam sobie rade z taką odpowiedzialnością. Sam nie jestem pewien, ale wiem, że zrobię wszystko, żeby tak się stało. Żebym był godzien tych wszystkich, nadmienionych wyżej "tytułów".
Perspektywa Emilki
Jestem w szpitalu. Tylko tyle wiem. Sama na sali. Ograniczona możliwość poruszania się i mówienia. Tylko cholerny ból z lekka załagodzony morfiną. Tyle, że ja nie wiem co się stało.. chociaż. Jakieś 10 minut temu był u mnie lekarz. Tłumaczył mi, że ciąża została rozwiązana. Chwila.. że co!? Urodziłam już?! Kiedy? Który dzisiaj jest? Przecież to dopiero 8 miesiąc! Nacisnęłam czerwony guzik na poręczy łóżka.. po jakiejś minucie przybiegła do mnie dyżurna pielęgniarka. - Dzień dobry. Czy coś się stało? - zapytała łagodnym głosem. - Co z moimi dziećmi! - Spokojnie, zawołam lekarza. Usiadłam na łóżku, opierając się o ścianę obok mnie i założyłam ręce na klatkę piersiową, wbijając sobie paznokcie w przedramiona, przysunęłam nogi do rąk. Spojrzałam w stronę drzwi, których próg przekraczał właśnie lekarz.
- Witam Panią ponownie.- powiedział bez emocji.
- Co z moimi dziećmi?
- Przecież byłem jakieś 15 minut temu u pani i tłumaczyłem wszystko. - rozszerzył oczy na znak zdziwienia.
- Ale ja nic nie zrozumiałam... - skierowałam głowę ku moim zimnym stopom.
- No dobrze.. a więc zasłabła pani. Przyczynę mamy nie wyjaśnioną, ale najprawdopodobniej niedobór niektórych minerałów albo zmęczenie czy też stres Upadek był tak duży i.. męczący? Nie wiem czy to dobre określenie, ale musieliśmy spowodować rozwiązanie ciąży., przez cesarskie cięcie.
- Ale co z moimi dziećmi! - krzyknęłam, unosząc jednocześnie ręce do góry.
- Spokojnie. Niestety dziewczynka.. nie przeżyła, a chłopczyk walczy o życie. - rozpłakałam się automatycznie.
- Proszę nie płakać, zaraz zawołam pielęgniarkę, aby dała pani coś na uspokojenie.
- N.. nie.. nie trzeba. Proszę wyjść. - lekarz bez słowa opuścił salę, a ja płakałam.
Sięgnęłam po telefon na szafce nocnej i spojrzałam na wyświetlacz. Nic nie widziałam, łzy które obficie wypływały z moich oczu, przysłaniały mi cały obszar widzenia. Ale po ciężkich trudach wybrałam jakoś numer do Jasia. Po dwóch sygnałach odebrał.
- Emilka!
- Ja- Ja- Jaś?
- Gdzie jesteś? Czemu płaczesz?
- W-w- w szpitalu. - otarłam załzawione oczy.
- Którym?
- Tam gdzie zawsze.
- Zaraz będę. - rozłączył się, a ja ciągle płakałam.
*******
Przepraszam Was za długą nieobecność. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Jeszcze tylko 2 rozdziały. Wiem, że się powtarzam, ale czy ma być drugi sezon, bo nie jestem pewna czy ktokolwiek chciałby to czytać później.. A wracając do rozdziału :D Rozdział pisany na weselu mojej cioci :) Tak wczoraj :P Nie miałam czasu pisać. Zapraszam do wyrażenia opinii w komentarzu :*
- Idziemy? - wzrok Jasia skierował się na mnie.
- Tak. - odpowiedziałam, uśmiechając się.
Ruszyliśmy w stronę cukierni. Rozmawialiśmy, tak jak 20 minut temu, o głupotach. Pomimo tego, że jestem w ciąży i wyglądam jak beczka to nie jestem poważna. Zresztą nigdy nie będę. Doszliśmy do bramki przy cukierni i przekroczyliśmy jej próg. Otworzyliśmy drzwi, rozejrzałam się. Przy jednym stole siedziała kobieta z dzieckiem, przy drugim jakieś dziewczyny z gimnazjum, przy trzecim Weronika i Kinga, przy czwartym.. czekaj.. Weronika i Kinga?! Co one tutaj robią?! Weronika jest na drugim końcu Polski! Nie tutaj! Zerwała ze mną kontakty! A teraz siedzi tu z Kingą, jakby nigdy nic! Właśnie! Z Kingą nie rozmawiałam od 9 miesięcy...
- Jasiek.. - wskazałam głową na dziewczyny.
Kiedy je zobaczył, widocznie się spiął. Nie zrozumiałam dlaczego, ale widząc jego reakcje, mój oddech znacznie przyspieszył. Usiedliśmy przy wolnym stoliku, Janek próbował nie zwracać na nie uwagi, ale mu nie wychodziło i co chwila jego głowa co chwila kierowała się w stronę stołu dziewczyn.
- Coś się stało? -serce biło mi coraz szybciej.
- Nie.. - odwrócił głowę po raz kolejny.
- Co się dzieję! - podniosłam głos.
- Nic, Emilka, spokojnie. - złapał mnie za rękę, ale nie uspokoiłam się ani troszeczkę.
- Tak się bawić nie będę! - wstałam i krzyknęłam na całą cukiernie.
Wiem, że tak nie powinnam, ale to już nie ode mnie zależy. Jestem w ciąży z bliźniakami i mam swoje humory, a Jasiek zaczął mnie już denerwować. Widziałam, że i dziewczyny spojrzały się w naszą stronę. Ja wyszłam z budynku, żeby ochłonąć. Za mną niestety nikt nie wybiegł. Czekałam jeszcze przed cukiernią z około 5 minut, ale zrezygnowałam i poszłam w stronę domu. Było mi smutno, że mnie zostawił, ale nie jest moją własnością i ma do tego prawo. Szłam przez ulice miasta z delikatnie opuszczoną głową. Patrzyłam na moje buty. Zastanawiałam się nad wszystkim. Jestem w 32 tygodniu ciąży. Nie chcę zapeszać, ale oprócz tego incydentu, pomimo mojej choroby nic złego się nie stało. Chociaż było mi smutno, cieszyłam się z naszego szczęścia. Nie pytajcie mnie jak to możliwe, ale ciąża robi swoje. Szłam tak chodnikiem, zamyślona.. nagle poczułam, że upadam na podłoże.
Perspektywa Jasia
Ale ja jestem głupi.. pozwoliłem jej wyjść i nie pobiegłem za nią. Ale Kinga i Weronika. Po co one tu przyszły. Pewnie mają się spotkać z Natalią. Nie mają kontaktu z Emilką. Ja mam z nimi kontakt. Ale co ja mam jej powiedzieć, jeżeli znowu ją skrzywdzę nie będzie już szans na uratowanie naszego związku. Kocham ją, będziemy mieli dzieci, a ja ją nadal okłamuję. Muszę z dziewczynami wyjaśnić tą sprawę. A Emilce powiedzieć wszystko. Pewnie nadal się zastanawia skąd znam Kingę. Ale co ja jej powiem? Cześć kochanie! Pytałaś się mnie kiedyś skąd znam Kingę. A bo to taka stara historia. Dawno temu jak zarabiałem dużo to jeździłem.. powiedzmy szczerze.. jeździłem do pań do towarzystwa. Tak ładnie mówiąc oczywiście. A Kinga była jedną z nich. Może nie było tego widać. Ja ją z tego bagna wyciągnąłem. Robiła to nie dlatego, że nie miała pieniędzy, miała i to bardzo dużo. Robiła to, bo jej się to podobało. Nie rozumiałem jej. Lubiła uprawiać seks. Tak po prostu, a jak jeszcze jej za to płacili. Cudo. Tak mówiła. Ja bardzo ją polubiłem i pomogłem. Byliśmy razem. Dopóki ja się nie wplątałem w to całe gówno. No i się zaczęło. Biłem ją. Brałem narkotyki. Raz próbowałem zgwałcić. Uciekła ode mnie. Nie dziwię jej się. To dlatego na początku się mnie bała. Ale wytłumaczyłem jej wszystko. On zaś wyznała mi, że powróciła do prostytucji i wciągnęła w to Weronikę, a Natalia ma im załatwiać klientów. Pogmatwane, prawda? No, ale dobra.
Kiedy wyszedłem z cukierni od razu skierowałem się w stronę domu Emilii. Niestety kiedy tam dotarłem.. nie zastałem jej w domu. Telefonu też nie odbierała. Ani ode mnie, ani od swojej mamy do której wcześniej zadzwoniłem. Bałem się. O nią, o Krystianka, o Klementynkę, martwiłem się o nich. Wiem, że nie powinienem ich zostawiać samych. Mam zostać ojcem, zarządzać domem, być mężem, powinna być ze mnie dumna. A na razie to jedyny powód jaki daje to powód do smutku i zastanawiania się czy dam sobie rade z taką odpowiedzialnością. Sam nie jestem pewien, ale wiem, że zrobię wszystko, żeby tak się stało. Żebym był godzien tych wszystkich, nadmienionych wyżej "tytułów".
Perspektywa Emilki
Jestem w szpitalu. Tylko tyle wiem. Sama na sali. Ograniczona możliwość poruszania się i mówienia. Tylko cholerny ból z lekka załagodzony morfiną. Tyle, że ja nie wiem co się stało.. chociaż. Jakieś 10 minut temu był u mnie lekarz. Tłumaczył mi, że ciąża została rozwiązana. Chwila.. że co!? Urodziłam już?! Kiedy? Który dzisiaj jest? Przecież to dopiero 8 miesiąc! Nacisnęłam czerwony guzik na poręczy łóżka.. po jakiejś minucie przybiegła do mnie dyżurna pielęgniarka. - Dzień dobry. Czy coś się stało? - zapytała łagodnym głosem. - Co z moimi dziećmi! - Spokojnie, zawołam lekarza. Usiadłam na łóżku, opierając się o ścianę obok mnie i założyłam ręce na klatkę piersiową, wbijając sobie paznokcie w przedramiona, przysunęłam nogi do rąk. Spojrzałam w stronę drzwi, których próg przekraczał właśnie lekarz.
- Witam Panią ponownie.- powiedział bez emocji.
- Co z moimi dziećmi?
- Przecież byłem jakieś 15 minut temu u pani i tłumaczyłem wszystko. - rozszerzył oczy na znak zdziwienia.
- Ale ja nic nie zrozumiałam... - skierowałam głowę ku moim zimnym stopom.
- No dobrze.. a więc zasłabła pani. Przyczynę mamy nie wyjaśnioną, ale najprawdopodobniej niedobór niektórych minerałów albo zmęczenie czy też stres Upadek był tak duży i.. męczący? Nie wiem czy to dobre określenie, ale musieliśmy spowodować rozwiązanie ciąży., przez cesarskie cięcie.
- Ale co z moimi dziećmi! - krzyknęłam, unosząc jednocześnie ręce do góry.
- Spokojnie. Niestety dziewczynka.. nie przeżyła, a chłopczyk walczy o życie. - rozpłakałam się automatycznie.
- Proszę nie płakać, zaraz zawołam pielęgniarkę, aby dała pani coś na uspokojenie.
- N.. nie.. nie trzeba. Proszę wyjść. - lekarz bez słowa opuścił salę, a ja płakałam.
Sięgnęłam po telefon na szafce nocnej i spojrzałam na wyświetlacz. Nic nie widziałam, łzy które obficie wypływały z moich oczu, przysłaniały mi cały obszar widzenia. Ale po ciężkich trudach wybrałam jakoś numer do Jasia. Po dwóch sygnałach odebrał.
- Emilka!
- Ja- Ja- Jaś?
- Gdzie jesteś? Czemu płaczesz?
- W-w- w szpitalu. - otarłam załzawione oczy.
- Którym?
- Tam gdzie zawsze.
- Zaraz będę. - rozłączył się, a ja ciągle płakałam.
*******
Przepraszam Was za długą nieobecność. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Jeszcze tylko 2 rozdziały. Wiem, że się powtarzam, ale czy ma być drugi sezon, bo nie jestem pewna czy ktokolwiek chciałby to czytać później.. A wracając do rozdziału :D Rozdział pisany na weselu mojej cioci :) Tak wczoraj :P Nie miałam czasu pisać. Zapraszam do wyrażenia opinii w komentarzu :*
wtorek, 9 czerwca 2015
Rozdział 46
Kilka miesięcy później
Jestem w 7 miesiącu ciąży, jest lipiec. Rodzice.. jak to delikatnie powiedzieć.. nie byli zadowoleni. W pierwszym miesiącu po przyznaniu, nie odzywali się do mnie, ale zrozumieli, że to do niczego nie prowadzi. Byłam na studniówcę, zdałam maturę. Z jęz. polskiego 85%, z matematyki 97%, z angielskiego 75%, a z ustnego polskiego 80%. Jestem z siebie dumna. Jasiek miał podobnie i też bardzo dobrze zdał, pomimo tego, że podszedł do tego na luzie. Przynajmniej tak sądził. Skończyliśmy szkołę, Jasiek znalazł pracę w małym sklepie z elektroniką itp. nie zarabia kokosów, ale nie jest źle, ogółem dajemy radę. Stres związany z maturą nie był nieszkodliwy dla dziecka. W czasie matur wylądowałam w szpitalu z osłabieniem, ale tego samego dnia wyszłam, aby zdążyć na następny dzień do szkoły. Z Jaśkiem jeszcze nie mieszkamy razem. Tak. Jeszcze. We wrześniu mam się do niego przeprowadzić, razem z Krystianem i Klementynką. Chyba, zapomniałam wspomnieć, że to będą bliźniaki. Mam nadzieję, że wszystko się uda. Wszystko będzie cudownie. Boję się tego wszystkiego, ale fakt, że będę tworzyć nareszcie szczęśliwą, pełną rodzinę.
Jakiś miesiąc temu moi rodzice się rozstali. Okazało się, że te wszystkie delegacje czy późne godziny pracy nie były bezcelowe, wręcz przeciwnie, miały dokładnie wymierzony cel, tylko.. po co? Tak, mój ojciec zdradził moją matkę. No, ok. Nie kocha jej. Rozumiem to, tylko, że gdyby jej to powiedział, naprowadził, albo tak po prostu się wyprowadził. Ale nie! Nam kobietą trzeba zadawać ból! Ale po co delikatnie jak można od razu wsadzić nóż w kark i patrzeć na to jak upadamy, ciesząc się do samego siebie z naszego nieszczęścia! Dobra, nie ważne. Znaczy ważne, bo mój ojciec nie mieszka z nami i nie kontaktuje. Przysyła jeszcze alimenty na mnie, bo nie skończyłam nauki. Nie przeszkadza mi to, niech się odwali, niech wypieprza z naszego życia. Ja mam Jasia, mamę i będę miała dwójkę wspaniałych dzieci, które wychowam na dobrych obywateli i ludzi. Muszę się uspokoić, bo się zdenerwuję, a to nie będzie korzystne dla nikogo.
Leżałam na łóżku i czytałam moją ulubioną książkę pt. "Zostań, jeśli kochasz". Jest to książka o dziewczynie, która jest miłą i spokojna dziewczyną. Nic jej nie brakuje. Ma chłopaka, rodziców, pięknie gra na wiolonczeli. Jest szczęśliwa. Pewnego zimowego dnia, jechała z rodziną przez leśną drogę. Był mróz, więc było bardzo ślisko. Jej ojciec nie zdążył wyhamować i wylądowali w rowie, autem do góry kołami. W wyniku tego feralnego wypadku, staję się coś dziwnego. Mia- główna bohaterka całego opowiadania, przeżywa śmierć kliniczną i wszystko co dzieję się z jej rodziną i z jej ciałem obserwuję z perspektywy osoby trzeciej. Całe, główne wydarzenie jest przeplatane różnymi mniejszymi, ale równie ważnymi historiami z jej życia. Przypomina sobie osoby i zdarzenia, które miały duży przekład na jej przyszłość. W wyniku wypadku cała jej rodzina, niestety umiera. Z ciekawej lektury wyrwał mnie dźwięk telefonu. Spojrzałam na ekran. Dzwonił nie kto inny jak Jasio. Przeciągnęłam czarną kulkę na zieloną słuchawkę.
- Witam moją rodzinkę królewską.
- Witam króla.
- Jak się czujesz?
- Dobrze.
- Cieszę się. Wyjdziemy dzisiaj? Może na.. kolacje, albo do kina.
- Na lody.. dzisiaj jest tak gorąco. - sapnęłam do słuchawki.
- Jak księżniczka sobie życzy.
- Ja to się cieszę, że nie chce boczku z ogórkami, garściami jeść.
- Nie, na szczęście wolisz sok pomarańczowy, lody i czekoladę. - zaśmiał się.
- Bardzo śmieszne. O której będziesz?
- Ja już jestem. - w tym samym momencie usłyszałam dzwonek do drzwi.
Rozłączyłam się i zeszłam na dół. Otworzyłam drzwi. Jasiek podszedł do mnie, pocałował mnie i pogłaskał mój brzuch.
- Cześć Krystianek, znowu kopiesz?
- Nie tatusiu, dzisiaj dałem mamie spokój. - odpowiedziałam.
- A jak tam Klemetynka moja?
- Równie piękna jak jej przyszła rodzicielka. - zamrugałam zalotnie.
Poszliśmy do mnie do pokoju. Ja usiadłam na łóżku, a Jaś obok mnie.
- Gdzie idziemy? - spojrzałam na niego.
- Do cukierni. Na ciacho.
- Ja nie wrócę do poprzedniej figury. - powiedziałam, załamując śmiesznie ręce.
- Wrócisz, kochanie. - przytulił mnie i pocałował w czoło.
Wiedział, że ciężko mi było czasami i miałam małe załamania, chcąc usunąć. Znaczy.. mówiłam tak w złości, ale kiedy brały mnie humorki, tak? Normalnie w życiu bym tak nie zrobiła. Podeszłam do szafki i zastanowiłam się w co się ubrać. Wybrałam czarną sukienkę z białymi kwiatami na biuście. Bardzo mi się podobała. Przebrałam się i poszłam do łazienki założyłam srebrną bransoletkę, zrobiłam delikatny makijaż i zaczesałam włosy na bok. Janek chodził za mną krok w krok i obserwował każdy mój ruch. Czułam się trochę speszona, że ktoś do tego stopnia interesuje się moim losem.
Podeszłam do lustra i przyjrzałam się sobie. Wyglądałam mniej więcej tak:

- Ale masz seksowną dziewczynę. - uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Wiem. - podszedł do mnie i mnie przytulił.
- Chodźmy już. - Janek mi przytaknął.
Zeszliśmy na dół. Ja założyłam czarne pantofelki na płaskim i zabrałam ze sobą torebkę. Janek w tym czasie poszedł do kuchni po kluczyki i zamknął drzwi. Wyszliśmy zza mojej działki i przeszliśmy przez ulicę jednocześnie znajdując się na chodniku. Szliśmy przez około 20 minut. Nie spieszyliśmy się. Mieliśmy dla siebie dużo czasu. Spacerując w stronę cukierni, rozmawialiśmy o wszystkim. Na poważnie i o głupotach. Przeszliśmy obok naszej szkoły. Znaczy szkoły, którą skończyliśmy.
- Zatrzymaj się. - powiedziałam.
- Coś się stało? - jego twarz automatycznie zbladła.
- Nie. Popatrz. - wskazałam na okno, naszej byłej klasy.
- Tutaj wszystko się zaczęło.. - zrozumiał aluzję i dokończył za mnie...
Jestem w 7 miesiącu ciąży, jest lipiec. Rodzice.. jak to delikatnie powiedzieć.. nie byli zadowoleni. W pierwszym miesiącu po przyznaniu, nie odzywali się do mnie, ale zrozumieli, że to do niczego nie prowadzi. Byłam na studniówcę, zdałam maturę. Z jęz. polskiego 85%, z matematyki 97%, z angielskiego 75%, a z ustnego polskiego 80%. Jestem z siebie dumna. Jasiek miał podobnie i też bardzo dobrze zdał, pomimo tego, że podszedł do tego na luzie. Przynajmniej tak sądził. Skończyliśmy szkołę, Jasiek znalazł pracę w małym sklepie z elektroniką itp. nie zarabia kokosów, ale nie jest źle, ogółem dajemy radę. Stres związany z maturą nie był nieszkodliwy dla dziecka. W czasie matur wylądowałam w szpitalu z osłabieniem, ale tego samego dnia wyszłam, aby zdążyć na następny dzień do szkoły. Z Jaśkiem jeszcze nie mieszkamy razem. Tak. Jeszcze. We wrześniu mam się do niego przeprowadzić, razem z Krystianem i Klementynką. Chyba, zapomniałam wspomnieć, że to będą bliźniaki. Mam nadzieję, że wszystko się uda. Wszystko będzie cudownie. Boję się tego wszystkiego, ale fakt, że będę tworzyć nareszcie szczęśliwą, pełną rodzinę.
Jakiś miesiąc temu moi rodzice się rozstali. Okazało się, że te wszystkie delegacje czy późne godziny pracy nie były bezcelowe, wręcz przeciwnie, miały dokładnie wymierzony cel, tylko.. po co? Tak, mój ojciec zdradził moją matkę. No, ok. Nie kocha jej. Rozumiem to, tylko, że gdyby jej to powiedział, naprowadził, albo tak po prostu się wyprowadził. Ale nie! Nam kobietą trzeba zadawać ból! Ale po co delikatnie jak można od razu wsadzić nóż w kark i patrzeć na to jak upadamy, ciesząc się do samego siebie z naszego nieszczęścia! Dobra, nie ważne. Znaczy ważne, bo mój ojciec nie mieszka z nami i nie kontaktuje. Przysyła jeszcze alimenty na mnie, bo nie skończyłam nauki. Nie przeszkadza mi to, niech się odwali, niech wypieprza z naszego życia. Ja mam Jasia, mamę i będę miała dwójkę wspaniałych dzieci, które wychowam na dobrych obywateli i ludzi. Muszę się uspokoić, bo się zdenerwuję, a to nie będzie korzystne dla nikogo.
Leżałam na łóżku i czytałam moją ulubioną książkę pt. "Zostań, jeśli kochasz". Jest to książka o dziewczynie, która jest miłą i spokojna dziewczyną. Nic jej nie brakuje. Ma chłopaka, rodziców, pięknie gra na wiolonczeli. Jest szczęśliwa. Pewnego zimowego dnia, jechała z rodziną przez leśną drogę. Był mróz, więc było bardzo ślisko. Jej ojciec nie zdążył wyhamować i wylądowali w rowie, autem do góry kołami. W wyniku tego feralnego wypadku, staję się coś dziwnego. Mia- główna bohaterka całego opowiadania, przeżywa śmierć kliniczną i wszystko co dzieję się z jej rodziną i z jej ciałem obserwuję z perspektywy osoby trzeciej. Całe, główne wydarzenie jest przeplatane różnymi mniejszymi, ale równie ważnymi historiami z jej życia. Przypomina sobie osoby i zdarzenia, które miały duży przekład na jej przyszłość. W wyniku wypadku cała jej rodzina, niestety umiera. Z ciekawej lektury wyrwał mnie dźwięk telefonu. Spojrzałam na ekran. Dzwonił nie kto inny jak Jasio. Przeciągnęłam czarną kulkę na zieloną słuchawkę.
- Witam moją rodzinkę królewską.
- Witam króla.
- Jak się czujesz?
- Dobrze.
- Cieszę się. Wyjdziemy dzisiaj? Może na.. kolacje, albo do kina.
- Na lody.. dzisiaj jest tak gorąco. - sapnęłam do słuchawki.
- Jak księżniczka sobie życzy.
- Ja to się cieszę, że nie chce boczku z ogórkami, garściami jeść.
- Nie, na szczęście wolisz sok pomarańczowy, lody i czekoladę. - zaśmiał się.
- Bardzo śmieszne. O której będziesz?
- Ja już jestem. - w tym samym momencie usłyszałam dzwonek do drzwi.
Rozłączyłam się i zeszłam na dół. Otworzyłam drzwi. Jasiek podszedł do mnie, pocałował mnie i pogłaskał mój brzuch.
- Cześć Krystianek, znowu kopiesz?
- Nie tatusiu, dzisiaj dałem mamie spokój. - odpowiedziałam.
- A jak tam Klemetynka moja?
- Równie piękna jak jej przyszła rodzicielka. - zamrugałam zalotnie.
Poszliśmy do mnie do pokoju. Ja usiadłam na łóżku, a Jaś obok mnie.
- Gdzie idziemy? - spojrzałam na niego.
- Do cukierni. Na ciacho.
- Ja nie wrócę do poprzedniej figury. - powiedziałam, załamując śmiesznie ręce.
- Wrócisz, kochanie. - przytulił mnie i pocałował w czoło.
Wiedział, że ciężko mi było czasami i miałam małe załamania, chcąc usunąć. Znaczy.. mówiłam tak w złości, ale kiedy brały mnie humorki, tak? Normalnie w życiu bym tak nie zrobiła. Podeszłam do szafki i zastanowiłam się w co się ubrać. Wybrałam czarną sukienkę z białymi kwiatami na biuście. Bardzo mi się podobała. Przebrałam się i poszłam do łazienki założyłam srebrną bransoletkę, zrobiłam delikatny makijaż i zaczesałam włosy na bok. Janek chodził za mną krok w krok i obserwował każdy mój ruch. Czułam się trochę speszona, że ktoś do tego stopnia interesuje się moim losem.
Podeszłam do lustra i przyjrzałam się sobie. Wyglądałam mniej więcej tak:

- Ale masz seksowną dziewczynę. - uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Wiem. - podszedł do mnie i mnie przytulił.
- Chodźmy już. - Janek mi przytaknął.
Zeszliśmy na dół. Ja założyłam czarne pantofelki na płaskim i zabrałam ze sobą torebkę. Janek w tym czasie poszedł do kuchni po kluczyki i zamknął drzwi. Wyszliśmy zza mojej działki i przeszliśmy przez ulicę jednocześnie znajdując się na chodniku. Szliśmy przez około 20 minut. Nie spieszyliśmy się. Mieliśmy dla siebie dużo czasu. Spacerując w stronę cukierni, rozmawialiśmy o wszystkim. Na poważnie i o głupotach. Przeszliśmy obok naszej szkoły. Znaczy szkoły, którą skończyliśmy.
- Zatrzymaj się. - powiedziałam.
- Coś się stało? - jego twarz automatycznie zbladła.
- Nie. Popatrz. - wskazałam na okno, naszej byłej klasy.
- Tutaj wszystko się zaczęło.. - zrozumiał aluzję i dokończył za mnie...
sobota, 6 czerwca 2015
Rozdział 45
Czytał moje wyniki, ale był czymś zmartwiony. Nie okazywał tego, ale po jego ostrożnych ruchach i współczującym wzroku można było dostrzec "specjalne traktowanie" i diagnozę.
- Proszę na fotel. - wskazał ręką na fotel w rogu pomieszczenia, stojący obok aparatu do USG.
Położyłam się i starałam oddychać w miarę spokojnie, co nie było łatwe. Moja klatka piersiowa podnosiła się i opadała w szybkim tempie. Martwiłam się, ale musiałam się uspokoić, ze względu na dziecko, które nosiłam pod sercem, a któremu nie chciałam w żaden sposób zrobić krzywdy. Lekarz kazał mi odsłonić brzuch. Spełniłam jego nakaz i spojrzałam na Jasia. Widziałam jak jego oczy zrobiły się bardziej czarne. Był chyba lekko zły. Tylko nie rozumiałam dlaczego, nie rozmyślałam nad tym, skupiłam się na badaniu. Mężczyzna nalał na miejsce badania trochę przezroczystego żelu, przez co po moim ciele przeszedł nie miły dreszcz, spowodowany temperaturą żelu. Rozprowadził zimną substancje po moim brzuchu, taką kulką. Nie wiem jak to się dokładnie nazywa, ale chyba każdy wie o co chodzi. Jeździł przyrządem po mojej skórze i patrzył na ekran, czytając z niego jak z otwartej księgi.
- Widzi pani? - wskazał palcem na środek monitora.
- Ale co?
- To serca. - uśmiechnęłam się i spojrzałam na Jasia, dzieląc się z nim radością.
On odwzajemnił uśmiech. Patrzył na mnie jakby cała złość, którą wcześniej widziałam zniknęła. Podszedł do fotela, usiadł na stołku i złapał mnie za rękę. Lekarz tłumaczył nam coś jeszcze, cały czas jeżdżąc palcem po ekranie, ale jakoś specjalnie nie byłam na tym skupiona. Wyobrażałam sobie jak będzie, jak będzie kiedy dziecko się urodzi, jak będzie jeżeli będziemy razem mieszkać, jak będzie nam razem, we trójkę. Nagle do lekarza zadzwonił telefon.
- Tak. Dobrze. Za chwilę będę.
Przepraszam, ale będę musiał na 10 minut Państwa opuścić. Jest taka możliwość. - w odpowiedzi kiwnęłam głową na tak. Dr Woliński wyszedł, a ja odezwałam się do Jasia.
- Cieszysz się?
- Tak.
- To czemu byłeś zły?
- Wydawało Ci się. - pocałował mnie w rękę, którą trzymał.
- Patrz. - skierowałam głowę w stronę urządzenia.
- To dziecko. Nasze dziecko. - dodałam.
- Kocham Cię.
- Ja Ciebie też. - uśmiechnęłam się do niego rozpromieniona. Nie wiem dlaczego, ale byłam tego dnia wyjątkowa szczęśliwa. Za około 20 dni studniówka, a ja jako jedyna dziewczyna będę w ciąży. Zresztą jako jedyna dziewczyna będę ze swoim chłopakiem, którego kocham, a on kocha mnie. Proste? Proste. Jak bułka z masłem.
- Jak mu damy na imię?
- A dlaczego jemu? To będzie dziewczynka. - zaprotestował Jasiek.
- No dobrze, to jak damy jej na imię?
- Kornelia? Klara? Klementynka?
- Wszystko na "K"? - zapytałam unosząc głupio prawą brew.
- Bo lubię literę "K". - uśmiechnął się, pokazując swój aparat na zęby.
- A jak jednak będzie chłopczyk?
- Krystian. Tak, będzie Krystian. To jemu zawdzięczamy to wszystko.
- Dziękuje. - na moim policzku pojawiła się łza. Nie łza smutku. Wiele z Jaśkiem rozmawialiśmy na ten temat. Krystian był chory, chciał nas opuścić, aby się nie męczyć. Teraz jest szczęśliwy. Nie musi się o nic martwić. A ja nie mogę być na niego zła, że mnie opuścił. Mogę być na niego zła, że nie pozna mojej córki albo synka, ale nie jestem.
Jaś widział to, że myślę o Krystianie, więc przytulił mnie do siebie.
- Wszystko dobrze?
- Tak.
Z rozmowy wyrwał nas dźwięk skrzypiących drzwi, co oznaczało, że za chwilę wejdzie lekarz.
- Ja widzę, że Państwo sami się obsłużyli. - uśmiechnął się do nas tęgi, łysiejący, ale i bardzo miły Pan.
Zamknął drzwi i wytarł mój brzuch. Zeszłam z fotela i usiadłam na krześle przed biurkiem.
- A więc tak. - zaczął lekarz.
- Sprawa nie jest łatwa, ale to nie przekreśla wszystkiego. Nie będę owijać w bawełnę, powiem wprost. Choroba może zagrażać dziecku, tak samo jak i życiu pani. - Janek złapał mnie za rękę co dodało mi otuchy.
- W jaki sposób? - zapytał Janek.-
- Choroba sprawia, że pana partnerka jest osłabiona. Po prostu organizm może nie wytrzymać przeciążenia, że ma w sobie człowieka, który ma takie same potrzeby, czyli musi się odżywiać. Może przez to pani być bardziej osłabiona. Nawet najmniejszy wysiłek może być dla pani niebezpieczny. Każde nawet najmniejsze przeciążenie organizmu nie będzie, że tak powiem "dobre". Będzie musiała pani na siebie uważać. Chociaż to mało powiedziane. Każdy ruch będzie pani musiała przemyśleć, rozumie pani?
- Tak. - powiedziałam sztywno i bez emocji. Byłam oszołomiona tym co mi ten facet przed chwilą powiedział.
- Ja mogę pomóc jedynie oddziaływać na pani fizyczne objawy, ale to pani musi sobie wszystko poukładać w głowie. A więc tak. - zaczął wypisywać receptę.
Podał mi kartkę z lekarstwami i zalecaniami i pożegnał się. Wyszliśmy przed przychodnie, w ja wzięłam kilka oddechów, głębokich oddechów.
- Kotek, wszystko dobrze.
- Tak. - powiedziałam i skierowałam się do auta.
Janek otworzył mi drzwi, a sam obszedł samochód na około i wsiadł do auta.
- Musimy powiedzieć rodzicom.
- Nie dzisiaj, to za dużo..
- Proszę na fotel. - wskazał ręką na fotel w rogu pomieszczenia, stojący obok aparatu do USG.
Położyłam się i starałam oddychać w miarę spokojnie, co nie było łatwe. Moja klatka piersiowa podnosiła się i opadała w szybkim tempie. Martwiłam się, ale musiałam się uspokoić, ze względu na dziecko, które nosiłam pod sercem, a któremu nie chciałam w żaden sposób zrobić krzywdy. Lekarz kazał mi odsłonić brzuch. Spełniłam jego nakaz i spojrzałam na Jasia. Widziałam jak jego oczy zrobiły się bardziej czarne. Był chyba lekko zły. Tylko nie rozumiałam dlaczego, nie rozmyślałam nad tym, skupiłam się na badaniu. Mężczyzna nalał na miejsce badania trochę przezroczystego żelu, przez co po moim ciele przeszedł nie miły dreszcz, spowodowany temperaturą żelu. Rozprowadził zimną substancje po moim brzuchu, taką kulką. Nie wiem jak to się dokładnie nazywa, ale chyba każdy wie o co chodzi. Jeździł przyrządem po mojej skórze i patrzył na ekran, czytając z niego jak z otwartej księgi.
- Widzi pani? - wskazał palcem na środek monitora.
- Ale co?
- To serca. - uśmiechnęłam się i spojrzałam na Jasia, dzieląc się z nim radością.
On odwzajemnił uśmiech. Patrzył na mnie jakby cała złość, którą wcześniej widziałam zniknęła. Podszedł do fotela, usiadł na stołku i złapał mnie za rękę. Lekarz tłumaczył nam coś jeszcze, cały czas jeżdżąc palcem po ekranie, ale jakoś specjalnie nie byłam na tym skupiona. Wyobrażałam sobie jak będzie, jak będzie kiedy dziecko się urodzi, jak będzie jeżeli będziemy razem mieszkać, jak będzie nam razem, we trójkę. Nagle do lekarza zadzwonił telefon.
- Tak. Dobrze. Za chwilę będę.
Przepraszam, ale będę musiał na 10 minut Państwa opuścić. Jest taka możliwość. - w odpowiedzi kiwnęłam głową na tak. Dr Woliński wyszedł, a ja odezwałam się do Jasia.
- Cieszysz się?
- Tak.
- To czemu byłeś zły?
- Wydawało Ci się. - pocałował mnie w rękę, którą trzymał.
- Patrz. - skierowałam głowę w stronę urządzenia.
- To dziecko. Nasze dziecko. - dodałam.
- Kocham Cię.
- Ja Ciebie też. - uśmiechnęłam się do niego rozpromieniona. Nie wiem dlaczego, ale byłam tego dnia wyjątkowa szczęśliwa. Za około 20 dni studniówka, a ja jako jedyna dziewczyna będę w ciąży. Zresztą jako jedyna dziewczyna będę ze swoim chłopakiem, którego kocham, a on kocha mnie. Proste? Proste. Jak bułka z masłem.
- Jak mu damy na imię?
- A dlaczego jemu? To będzie dziewczynka. - zaprotestował Jasiek.
- No dobrze, to jak damy jej na imię?
- Kornelia? Klara? Klementynka?
- Wszystko na "K"? - zapytałam unosząc głupio prawą brew.
- Bo lubię literę "K". - uśmiechnął się, pokazując swój aparat na zęby.
- A jak jednak będzie chłopczyk?
- Krystian. Tak, będzie Krystian. To jemu zawdzięczamy to wszystko.
- Dziękuje. - na moim policzku pojawiła się łza. Nie łza smutku. Wiele z Jaśkiem rozmawialiśmy na ten temat. Krystian był chory, chciał nas opuścić, aby się nie męczyć. Teraz jest szczęśliwy. Nie musi się o nic martwić. A ja nie mogę być na niego zła, że mnie opuścił. Mogę być na niego zła, że nie pozna mojej córki albo synka, ale nie jestem.
Jaś widział to, że myślę o Krystianie, więc przytulił mnie do siebie.
- Wszystko dobrze?
- Tak.
Z rozmowy wyrwał nas dźwięk skrzypiących drzwi, co oznaczało, że za chwilę wejdzie lekarz.
- Ja widzę, że Państwo sami się obsłużyli. - uśmiechnął się do nas tęgi, łysiejący, ale i bardzo miły Pan.
Zamknął drzwi i wytarł mój brzuch. Zeszłam z fotela i usiadłam na krześle przed biurkiem.
- A więc tak. - zaczął lekarz.
- Sprawa nie jest łatwa, ale to nie przekreśla wszystkiego. Nie będę owijać w bawełnę, powiem wprost. Choroba może zagrażać dziecku, tak samo jak i życiu pani. - Janek złapał mnie za rękę co dodało mi otuchy.
- W jaki sposób? - zapytał Janek.-
- Choroba sprawia, że pana partnerka jest osłabiona. Po prostu organizm może nie wytrzymać przeciążenia, że ma w sobie człowieka, który ma takie same potrzeby, czyli musi się odżywiać. Może przez to pani być bardziej osłabiona. Nawet najmniejszy wysiłek może być dla pani niebezpieczny. Każde nawet najmniejsze przeciążenie organizmu nie będzie, że tak powiem "dobre". Będzie musiała pani na siebie uważać. Chociaż to mało powiedziane. Każdy ruch będzie pani musiała przemyśleć, rozumie pani?
- Tak. - powiedziałam sztywno i bez emocji. Byłam oszołomiona tym co mi ten facet przed chwilą powiedział.
- Ja mogę pomóc jedynie oddziaływać na pani fizyczne objawy, ale to pani musi sobie wszystko poukładać w głowie. A więc tak. - zaczął wypisywać receptę.
Podał mi kartkę z lekarstwami i zalecaniami i pożegnał się. Wyszliśmy przed przychodnie, w ja wzięłam kilka oddechów, głębokich oddechów.
- Kotek, wszystko dobrze.
- Tak. - powiedziałam i skierowałam się do auta.
Janek otworzył mi drzwi, a sam obszedł samochód na około i wsiadł do auta.
- Musimy powiedzieć rodzicom.
- Nie dzisiaj, to za dużo..
czwartek, 4 czerwca 2015
Rozdział 44
Siedzieliśmy w ciszy. Janek ciągle patrzył na test ciążowy, pozytywny test ciążowy. A, więc tak. Mam 17 lat. Znaczy rocznikowo 18. Mam w tym roku studniówkę, maturę i jestem w ciąży. Co ja mam na testy z brzuchem chodzić?!
- Janek?
Nadal nie dawał znaku życia, siedział i tępo patrzył na te przeklęte dwie kreski.
- Powiedz coś! - krzyknęłam donośnie.
- Ale co? - popatrzył się na mnie, nie pokazywał żadnych emocji.
- Jak to co? Jestem w ciąży! Jasiek!
- Widzę.. - wszystko we mnie buzowało. Miałam ochotę rzucić się na niego, ale nie z miłości. Bardziej z wściekłości, która rozsadzała mnie od środka.
- Powiedz coś. - rozpłakałam się, byłam zmęczona i bezsilna.
- Kocham Cię.
Popatrzyłam się na niego tępym spojrzeniem. Otarłam łzy, które miałam na polikach.
- Kocham Cię. - powtórzył pewnie.
- Ale..
- Kocham Cię. - uśmiechnęłam się do niego. Odwzajemnił uśmiech. Z pozycji w jakiej siedziałam, rzuciłam się mu na szyję.
- Ja Ciebie też. - powiedziałam szczęśliwa.
- Nie martw się. - oddalił się ode mnie na długość ramion.
- Co ja teraz zrobię?
- Powiemy Twoim rodzicom. Pójdziemy do lekarza, zrobisz badania, będziemy się cieszyć. Będziemy pełni radości, ja będę się Tobą opiekował. Będę rano, wieczór, w południe. Będę przy Tobie w każdej wolnej chwili. Będę z Tobą zawsze. Będę z Wami zawsze. - mówiąc to, dotknął mój brzuch.
Zaniemówiłam. Zaniemówiłam słysząc to, słysząc słowa, po których jestem pewna, że mnie kocha. Że nie opuści mnie. Że nie opuści nas.
- Dziękuję. - przytulił mnie.
Kilka dni później.
Pogodziłam się już z faktem, że będę matką. Dziwnie to brzmi "Emilka, mając 17 lat zaszła w ciąże i będzie matką." No.. ale ok. Jaś jest bardzo opiekuńczy, czasami to bardzo przesadza, ale to takie słodkie kiedy się o mnie martwi. Dzisiaj idziemy do lekarza. Jestem umówiona na 17:00, a jest 15:30. Przebrałam się w rurki i białą bluzkę oraz żakiet. Do tego dobrałam naszyjnik i buty na płaskim oraz plecak, który i tak będzie nosił Janek. Mówiłam, że przesadza.
Po około 30 minutach przyszedł Jasiek. Zapakowaliśmy się do jego auta i ruszyliśmy do przychodni.
- Jak się czujesz?
- Bardzo dobrze. - uśmiechnęłam się do niego.
- To dobrze. - złapał mnie delikatnie za rękę, splatając nasze palce razem.
Patrzyłam się na nasze dłonie i uśmiechałam się sama do siebie, ciesząc się jego czułością w stosunku do mnie i do naszego dziecka. Nim się obejrzałam byliśmy już przed szpitalem. Wysiedliśmy z auta. Kilka metrów dalej znajdowało się wejście, więc mój kochany Jasio pozwolił mi nieść plecak. Przekroczyliśmy próg i poszliśmy w stronę recepcji. Pani z blond włosami i zielonymi oczami, ubrana w biały fartuch powiedziała, abyśmy się skierowali na prawo. Tak też zrobiliśmy. Przed nami były jeszcze dwie panie z brzuchami (brzydko powiedziałam, wiem). Miały ponad 30 lat. Czułam się dziwnie, bo ja 17-letnia dziewczyna z 18 chłopakiem, wyglądającym na 14 lat i dwie dorosłe i dojrzałe kobiety. Czułam jak patrzą na mnie takim jednocześnie pogardliwym i współczującym spojrzeniem. To było niemiłe? To było przykre, że ludzie myślą, że ja nie chcę tego dziecka. Może było tak na początku, ale naprawdę to się zmieniło. Teraz jestem szczęśliwa, że jestem z kimś kogo kocham, a dziecko będzie dowodem miłości. Dowodem, który będzie zawsze. Wiem, że mogę się z Jaśkiem rozstać w każdej chwili, ale nie zostanę już nigdy sama.
- Pani Emilia?
- Hm? - podeszła do mnie pielęgniarka.
- Pani kolej. - uśmiechnęła się do mnie, jednocześnie wskazując na drzwi pomieszczenia, w którym miało odbyć się badanie.
- Dziękuje.
Ruszyłam do gabinetu, a Jasiek za mną. Zapukałam.
- Proszę! - odezwał się głos, zza zamkniętych drzwi.
- Dzień dobry! - zaczął Janek.
- Witam, proszę usiąść. - wskazał na krzesła na przeciw jego biurka.
- Z czym państwo do mnie przychodzą.
- Bo robiłam test i wskazał, że jestem w ciąży. Chciałabym potwierdzić tę informację i dowiedzieć się o ewentualnych zagrożeniach, gdyż jestem chora na rzadką odmianą anemii.
Podałam lekarzowi wyniki moich badań z przed 4 miesięcy. Mężczyzna czytając je dziwnie kiwał głową, ale w sposób, który wyjątkowo mnie zmartwił.
*******
Przepraszam Was , ale zupełnie nie mam weny. Nic, zero, pustka w głowie.. No, ale kończymy opowiadanie. Sezon 2 pojawi się, ale dopiero za 2 tygodnie od zakończenia 1 sezonu. :D
- Janek?
Nadal nie dawał znaku życia, siedział i tępo patrzył na te przeklęte dwie kreski.
- Powiedz coś! - krzyknęłam donośnie.
- Ale co? - popatrzył się na mnie, nie pokazywał żadnych emocji.
- Jak to co? Jestem w ciąży! Jasiek!
- Widzę.. - wszystko we mnie buzowało. Miałam ochotę rzucić się na niego, ale nie z miłości. Bardziej z wściekłości, która rozsadzała mnie od środka.
- Powiedz coś. - rozpłakałam się, byłam zmęczona i bezsilna.
- Kocham Cię.
Popatrzyłam się na niego tępym spojrzeniem. Otarłam łzy, które miałam na polikach.
- Kocham Cię. - powtórzył pewnie.
- Ale..
- Kocham Cię. - uśmiechnęłam się do niego. Odwzajemnił uśmiech. Z pozycji w jakiej siedziałam, rzuciłam się mu na szyję.
- Ja Ciebie też. - powiedziałam szczęśliwa.
- Nie martw się. - oddalił się ode mnie na długość ramion.
- Co ja teraz zrobię?
- Powiemy Twoim rodzicom. Pójdziemy do lekarza, zrobisz badania, będziemy się cieszyć. Będziemy pełni radości, ja będę się Tobą opiekował. Będę rano, wieczór, w południe. Będę przy Tobie w każdej wolnej chwili. Będę z Tobą zawsze. Będę z Wami zawsze. - mówiąc to, dotknął mój brzuch.
Zaniemówiłam. Zaniemówiłam słysząc to, słysząc słowa, po których jestem pewna, że mnie kocha. Że nie opuści mnie. Że nie opuści nas.
- Dziękuję. - przytulił mnie.
Kilka dni później.
Pogodziłam się już z faktem, że będę matką. Dziwnie to brzmi "Emilka, mając 17 lat zaszła w ciąże i będzie matką." No.. ale ok. Jaś jest bardzo opiekuńczy, czasami to bardzo przesadza, ale to takie słodkie kiedy się o mnie martwi. Dzisiaj idziemy do lekarza. Jestem umówiona na 17:00, a jest 15:30. Przebrałam się w rurki i białą bluzkę oraz żakiet. Do tego dobrałam naszyjnik i buty na płaskim oraz plecak, który i tak będzie nosił Janek. Mówiłam, że przesadza.
Po około 30 minutach przyszedł Jasiek. Zapakowaliśmy się do jego auta i ruszyliśmy do przychodni.
- Jak się czujesz?
- Bardzo dobrze. - uśmiechnęłam się do niego.
- To dobrze. - złapał mnie delikatnie za rękę, splatając nasze palce razem.
Patrzyłam się na nasze dłonie i uśmiechałam się sama do siebie, ciesząc się jego czułością w stosunku do mnie i do naszego dziecka. Nim się obejrzałam byliśmy już przed szpitalem. Wysiedliśmy z auta. Kilka metrów dalej znajdowało się wejście, więc mój kochany Jasio pozwolił mi nieść plecak. Przekroczyliśmy próg i poszliśmy w stronę recepcji. Pani z blond włosami i zielonymi oczami, ubrana w biały fartuch powiedziała, abyśmy się skierowali na prawo. Tak też zrobiliśmy. Przed nami były jeszcze dwie panie z brzuchami (brzydko powiedziałam, wiem). Miały ponad 30 lat. Czułam się dziwnie, bo ja 17-letnia dziewczyna z 18 chłopakiem, wyglądającym na 14 lat i dwie dorosłe i dojrzałe kobiety. Czułam jak patrzą na mnie takim jednocześnie pogardliwym i współczującym spojrzeniem. To było niemiłe? To było przykre, że ludzie myślą, że ja nie chcę tego dziecka. Może było tak na początku, ale naprawdę to się zmieniło. Teraz jestem szczęśliwa, że jestem z kimś kogo kocham, a dziecko będzie dowodem miłości. Dowodem, który będzie zawsze. Wiem, że mogę się z Jaśkiem rozstać w każdej chwili, ale nie zostanę już nigdy sama.
- Pani Emilia?
- Hm? - podeszła do mnie pielęgniarka.
- Pani kolej. - uśmiechnęła się do mnie, jednocześnie wskazując na drzwi pomieszczenia, w którym miało odbyć się badanie.
- Dziękuje.
Ruszyłam do gabinetu, a Jasiek za mną. Zapukałam.
- Proszę! - odezwał się głos, zza zamkniętych drzwi.
- Dzień dobry! - zaczął Janek.
- Witam, proszę usiąść. - wskazał na krzesła na przeciw jego biurka.
- Z czym państwo do mnie przychodzą.
- Bo robiłam test i wskazał, że jestem w ciąży. Chciałabym potwierdzić tę informację i dowiedzieć się o ewentualnych zagrożeniach, gdyż jestem chora na rzadką odmianą anemii.
Podałam lekarzowi wyniki moich badań z przed 4 miesięcy. Mężczyzna czytając je dziwnie kiwał głową, ale w sposób, który wyjątkowo mnie zmartwił.
*******
Przepraszam Was , ale zupełnie nie mam weny. Nic, zero, pustka w głowie.. No, ale kończymy opowiadanie. Sezon 2 pojawi się, ale dopiero za 2 tygodnie od zakończenia 1 sezonu. :D
niedziela, 31 maja 2015
Rozdział 43
Tak wiem, że to nie jest dobry pomysł, to co dzisiaj przeczytacie,
ale jakoś tak się złożyło, że zbliżamy się do końca i.. no
wiem, że drugi sezon, ale.. inaczej, bo się poplątałam
w zeznaniach. Komentujcie :D
Miłego czytania
:)
:)
___________________________________________________________________________________
Siedziałam na jego kolanach i namiętnie go całowałam. Czułam wtedy podniecenie, chciwość, namiętność z jego strony. Czułam się wyjątkowo. Całował mnie zachłannie, ale delikatnie. Powoli jego ręce kierowały się w stronę rozpięcia mojego białego stanika. Nie powstrzymywałam go od tego pewnego kroku, bo sama tego chciałam bardzo, bardzo mocno. Chciałam go poczuć, pierwszy raz. Myślałam już nad tym wcześniej, ale wtedy bym się nie zdecydowała. Teraz jestem już pewna. Jego dłonie dotarły do tego punktu i zaczynały walczyć z zapięciem. Po kilku sekundach udało mu się, a mój biustonosz znalazł się w kącie pokoju. Oderwałam się na chwilę od niego, żeby poprawić włosy, ale skorzystałam z momentu i rzuciłam chłopaka na łóżko. Teraz to ja przejęłam inicjatywę. Leżałam nad nim, a raczej na jego klatce piersiowej. Wiem, że mój ciężar mu przeszkadzał, ale nie okazywał tego nawet w najmniejszym procencie. Było mu ciężej oddychać, ale również nie było tego widać. Złapał za gumkę w moich majtkach i powoli zaczął ciągnąć w dół. Ja nie chciałam być gorsza i zrobiłam to samo z jego czarnymi bokserkami. Ledwo oddychaliśmy, ale nadal nie traciliśmy rezonu.
- Gotowa? - zapytał dysząc.
- Gotowa. - powiedziałam pewnie.
Wtedy już każdy z Was mógłby domyślić się co się stało. Było cudownie. Nie bolało, tak bardzo jak się spodziewałam. Wręcz przeciwnie. Było przyjemnie, a najważniejsze, że byliśmy w tym wszystkim razem.
Byłabym tak podekscytowana, gdyby nie fakt co stało się kilka dni później.
Kilka dni później
Obudziłam się o godzinie 8:22. Dzisiaj 30 grudzień, dzień pogrzebu Krystiana. Zrezygnowana wstałam z łóżka i podeszłam do krzesła przy biurku, na którym wisiała czarna klasyczna sukienka. Zabrałam ją ze sobą, razem z czystą bielizną oraz rajstopami i skierowałam się do łazienki. Wzięłam szybki prysznic i przebrałam się w wcześniej naszykowany strój. Wcześniej załatwiłam swoją potrzebę. Dzisiaj powinien zacząć mi się okres. Wypuściłam powietrze z ust na znak zmęczenia i zrezygnowania. Włosy rozpuściłam i przeczesałam szczotką. Wyglądałam.. ładnie? Nie wiem czy to dobre określenie, bo nie zrobiłam jeszcze makijażu. Nie miałam na to ochoty, ale wyglądałam strasznie mając tak bardzo spuchnięte oczy, więc trzeba było poprawić swój wygląd kosmetykami. Umalowałam się i wyszłam z łazienki. Spojrzałam na zegarek. Była już godzina 9:15. Zeszłam na dół i zrobiłam sobie śniadanie. Tak dokładnie to zwykłą kromkę chleba z masłem i herbata. Nie miałam na nic innego ochoty. Jasiek miał przyjść po mnie za 30 minut, zdążyłam jeszcze troszeczkę posprzątać w pokoju. Nagle usłyszałam dźwięk dzwonka do drzwi. Zeszłam z góry i otworzyłam drzwi. Stał w nich elegancko ubrany Jasiek, z jak nigdy z ułożonymi włosami. W ręku trzymał białą kopertę.
- Cześć. - pocałował mnie w czoło.
- Hej. - powiedziałam prawie niesłyszalnie.
- Chodź do środka. - dodałam po chwili niezręcznej ciszy.
Jasiek mi przytaknął i weszliśmy do salonu.
- Jak się czujesz?
- Dobrze. - uśmiechnęłam się do niego delikatnie.
- Na pewno?
Po jego pytaniu automatycznie z moich oczu wypłynęły łzy, rozmazujące makijaż.
- Chodź tutaj. - Jaś podniósł się z miejsca i podszedł do mnie aby mnie przytulić.
- Prze.. prze.. przepraszam.
- To normalne, że cierpisz. Krystian był dla ciebie kimś ważnym. Dla mnie w pewnym sensie też.
- O czym ty mówisz? - bardzo zaciekawiło mnie to co mi przed chwilą powiedział, chociaż nadal płakałam.
- Nie ważne. Nie płacz już. - nie chciałam dalej drążyć tematu, więc otarłam oczy dłonią i wtuliłam się w zagłębienie szyi chłopaka.
- Wiesz co?
- Hm? - dałam mu znak, że słyszę jego pytanie
- Idziemy do łazienki, poprawić Ci makijaż, chociaż jak dla mnie to i tak jesteś piękna i wiesz.. musimy wychodzić.
- Tak.
Zeszłam z kolan Jasia i poszłam w stronę schodów. Janek poszedł za mną do łazienki i usiadł na krawędzi wanny, obserwując każdy mój ruch. Poprawiłam wcześniej rozmazany makijaż i podeszłam do chłopaka jednocześnie łapiąc go za rękę. Weszłam jeszcze do mojego pokoju, zabrałam płaszcz zimowy oraz torebkę i zeszliśmy na dół. Ubraliśmy ubrania wierzchnie i wyszliśmy, zamykając za sobą drzwi. Jaś otworzył mi drzwi do swojego auta. Powoli wślizgnęłam się do auta. Chłopak zamknął za mną drzwi i zajął miejsce kierowcy. Ruszyliśmy. Wszystko odbywało się w ciszy. Dojechaliśmy pod cmentarz. Rodzice Krystiana chcieli,a by cała uroczystość odbywała się właśnie tam. Wysiedliśmy z samochodu i przekroczyliśmy bramę. Szliśmy pod rękę w stronę kaplicy. Miałam na sobie kozaki, bo zmieniłam buty jeszcze w domu dzięki czemu było mi ciepło. Tak, to dziwne że o tym wspominam, ale tylko o tym wtedy myślałam. Pewnie powinnam płakać, ale cały pogrzeb mam jeszcze na rozpaczanie, więc zdecydowanie wolę myśleć o butach. W kapliczce skromna msza święta. Modlitwy, przemowy i w końcu punkt kulminacyjny - odprowadzenie grobu Krystiana. Byłam twarda. Nie płakałam, ale kiedy doszliśmy nie mogłam, nie wytrzymałam. Po raz kolejny tego dnia, z moich oczu wypłynęły słone łzy. Pod koniec kiedy żegnaliśmy o po raz ostatni Jasiek wrzucił białą kopertę do nagrobka. Też sądzę, że to dziwne, ale nie oceniał. Nie miał przyjemności z nim porozmawiać. A szkoda, może by się polubili. Teraz nie wiem. Nic już nie wiem. Uroczystość się skończyła, wszyscy składali najbliższym Krystiana najszczersze kondolencje. Wszyscy, bez wyjątku, ale tak naprawdę mają śmierć Krystiana w dupie. Głęboko w dupie, bo życie tych ludzi nie zmieni się w nawet najmniejszej części setnej milimetra, ale ich sprawa.
Wróciliśmy do domu. Byłam zmęczona... niczym. Poszłam skorzystać z łazienki. Załatwiłam potrzebę.
- Nadal nie mam miesiączki, a nigdy mi się nie spóźniała. - powiedziałam na tyle cicho, żeby Jasiek nie usłyszał.
- Tylko nie to.. - pomyślałam, że to może być.. ciąża.
Podbiegłam do szafki z testem ciążowym. Moja mama ma jeden na mały wypadek? Tak mam dziwną mamę.
Szybko go rozpakowałam i użyłam zgodnie z instrukcją. Po ponad minucie ponownie spojrzałam na test. Pokręciłam przecząco głową. Wybiegłam z łazienki, trzymając w ręku test, który okazał się być pozytywny.
- Jasiek! - krzyknęłam głośno.
Ja usiadłam w kącie łóżka z oszklonymi oczami i czekałam jak przyjdzie mój chłopak, który znalazł się przy mnie w mgnieniu oka.
- Kruszynko co się dzieję? - zapytał zdyszany. Musiał dość szybko biec.
Nie odpowiadałam. Spojrzałam tylko na test, dając mu do zrozumienia, żeby również spojrzał w tamtą stronę. Chłopak wziął go w ręce i obejrzał z każdej strony.
środa, 27 maja 2015
Rozdział 42
Wstawiam notkę przed rozdziałem, bo to ważne.
Mówiłam, że kończę pisać bloga, ale wiem też, że niektórzy (nie rozumiem Was)
chcieliby 2 sezon czy coś w tym stylu.
Jeżeli będzie więcej chętnych to ja coś takiego
zrobię, ale najpierw skupmy się na tym dzisiejszym rozdziale i późniejszych.
Przypominam o asku na, którym dowiecie się więcej o mnie i o blogu: http://ask.fm/emima02
Miłego czytania :)
___________________________________________________________________________________
___________________________________________________________________________________
___________________________________________________________________________________
Obudziłam się w swoim łóżku cała zlana potem. Za oknem nadal było ciemno, pewnie dopiero była 4 lub 5 nad ranem. Chciałam się przekręcić na drugi bok, lecz uniemożliwił mi to mocny nacisk na moją dłoń. Spojrzałam się na nią, to Jasiek ją trzymał. Patrzyłam na jego idealną skórę. Może weźmiecie mnie za idiotkę, że znów mu zaufałam. Po tym jak mnie skrzywdził, wyzwał, zostawił, ale nie. Ja go kochałam cały ten czas. Cały ten czas, gdy płakałam za nim nocami w łóżku, to nie płakałam, że mnie skrzywdził. Płakałam, dlatego, że nie mogłam być z nim blisko, a raczej, że sama równocześnie tego chciałam i nie chciałam. To dla osób sprawnych psychicznie i silnych może być nie do zrozumienia, bo to ja jestem dziwna i tego nikt nie pojmie. Jego śliczna twarz sprawiła, że uspokoiłam się i z powrotem zasnęłam. Obudziłam się jakieś 3 godziny później, ale Jasia już nie było przy moim łóżku. Wstałam i skierowałam się na dół. Weszłam do ganku. Jego kurtka nadal wisiała, co wskazywało nadal, że gdzieś tutaj jest. Poszłam do kuchni. Tam siedział Jasiek. Chociaż nie wiem, czy siedział to byłoby dobre słowo. Raczej leżał na stole. Tak, wiem że to dziwnie brzmi, ale nic na to nie poradzę. Leżał na stole, jak na sofie. Nie wiem co on ćpał, ale musi zmienić dilera. Kiedy zauważył, że weszłam od razu poderwał się do góry na co cicho się zaśmiałam.
- Cześć. - powiedział niepewnym głosem.
- Hej. - przybliżyłam się do niego o dwa małe kroki.
Widocznie musieliśmy jeszcze raz spróbować się do siebie zbliżyć. Usunąć tamte złe wspomnienia, których było aż zanadto. Zbudować od nowa naszą wieżę, która zdążyła się zburzyć już tysiąc razy popsuć. Zacząć zastępować złe wspomnienia nowymi, lepszymi, wspólnymi tym razem.
On nadal się bał mojej reakcji, więc postanowiłam zrobić pierwszy krok. Przybliżyłam się do niego jeszcze bardziej, żeby poznał, że naprawdę nie mam do niego żalu. Staliśmy już tak blisko, że było czuć na moim czole jego nierówny oddech. Stanęłam na palcach, żeby lepiej widzieć jego twarz. Widać był na niej niepewność i przerażenie, które pewnie było spowodowane moją bliskością. Złapałam go za policzek. Czułam, że jego mięśnie powoli się rozluźniają. Jego oddech był już równomierny. Patrzyłam na niego, dając mu do zrozumienia, że może mi zaufać, a ja będę ufać jemu i to bezgranicznie.
- Czy my jesteśmy razem? - zapytał jakby bał się odpowiedzi.
- Nie wiem. - spuściłam rękę, wkładając ją do miętowych spodni, które miałam od wczoraj i odwróciłam wzrok.
Przypomniałam sobie, że mnie skrzywdził. Ja u wybaczyłam i ufałam bezgranicznie. Tylko te złe wspomnienia wróciły. Będę próbowała je kasować z mojej pamięci, ale boję się, że przy każdej kłótni, każdej chwili zamyślenia one będą wracać. Nie chcę tego, tylko jeżeli będę mu to wypominać, będę go krzywdzić. A tego nie chcę. Chciałam odejść i nalać sobie szklankę wody, żeby wziąć proszki, ale Jasiek mnie złapał za łokieć. Tak jak wtedy kiedy byliśmy w szpitalu, pokłóciliśmy się o ten wypadek i.. Wypadek. Krystian. Mój przyjaciel. List. Sukienka. Wigilia. Wszystko wróciło. Wczorajszy dzień nie był taki jak powinien. Nie było Wigilii z rodzicami, tylko płacz. Płacz, smutek, wiadomość o śmierci. Po raz kolejny w przeciągu 4 miesięcy poczułam pulsujący w mojej skroni ból. Nie miałam siły, upadałam. Czułam, że tracę przytomność. Słyszałam jakieś echo wołającego mnie męskiego głosu, czułam, że ktoś mnie podnosi, ale tylko tyle. Potem ogarnęła mnie pustka, ciemna pustka, w której było mi zajebiście dobrze. Zero problemów, tylko pustka. Jeszcze kilka dni temu nie chciałabym w tej ciemności spędzić, ani sekundy. Teraz chcę tu zostać. Powoli odpływałam, czułam się tak bardzo dobrze. Uśmiechałam się, widziałam ciemność, co wcale mnie nie martwiło. Nie pamiętam dokładnie co się dalej działo. Wiem, że leżałam na miękkiej powierzchni. Bardzo mi to odpowiadało. Dalej już nic.
Kilka godzin później
Leżałam na własnym łóżku. Czułam się taka ciężka. Jakbym cały tydzień piła wódkę i popijała winem. Moje powieki były ciężkie, ale miałam chęć, żeby wstać. Zeszłam z łóżka i oparłam się o biurko, żeby się nie wywrócić, ponieważ miałam mroczki przed oczami. Często mi się tak zdarza, a to wszystko przez ogólne osłabienie organizmu. Kiedy mi przeszło założyłam kapcie oraz szlafrok, który nałożyłam na zwykłą szarą koszulkę, w której najwyraźniej spałam. Chwila.. ja rano miałam bluzkę i miętowe spodnie. Czyżby Jasiek?
- Nie! - zaprotestowałam w myślach, uśmiechając się. Ale kiedy pomyślałam, że on nigdy mnie nie widział w samej bieliźnie plus byłam nieprzytomna to szybko ten uśmieszek spełzł z mojej uradowanej twarzy. Raczej byłam przerażona tym, że nie byłam na to gotowa. Chociaż.. niby nic się nie stało. Wzruszyłam ramionami i otworzyłam drzwi w celu opuszczenia mojego minimalistycznego pokoju. Nacisnęłam na klamkę i od razu dotarł do mnie wspaniały zapach soczystej karkówki. Wiem, że nie powinnam tyle jeść, ale dzisiaj są święta, zresztą w nosie mam te całe diety, które przypisał mi lekarz. Jak mam umrzeć to z pełnym żołądkiem i z mlekiem, w ręce, którego zresztą również nie mogę. Szybko zeszłam ze schodów i weszłam do kuchni, z której wydobywał się zapach. Tam stał Jasiek ze ścierką w ręce i czytaniu na blacie książki kucharskiej. Przy okazji trzymał kciuka w buzi, w który jak mniemam się oparzył. To był naprawdę śliczny obrazek. Taki słodki Jasiu na blacie, liżący kciuka i czytający książkę. Uśmiechnęłam się i zakasłałam, aby oderwać chłopaka od ciekawej lektury. On odłożył książkę i podszedł do mnie już pewniejszym niż wcześniej, krokiem. Posłał mi swój najcieplejszy uśmiech i podał mi szklankę wody oraz tabletki.
- Zapomniałaś leków. - powiedział.
- Co się stało?
- Zemdlałaś, ale już jest wszystko dobrze. - odpowiedział.
Połknęłam leki i odłożyłam szklankę do zmywarki. Wyprostowałam się poprawiłam włosy, na moich biodrach poczułam czyiś dotyk, który sprawił, że się po raz kolejny tego dnia się uśmiechnęłam.
- Emilka..
- Hm?
- Kocham Cię.
Odwróciłam się i popatrzyłam w jego brunatne tęczówki, w których widziałam tęsknotę. Tęsknotę za mną. Straciłam panowanie nad emocjami i pocałowałam go. Ale nie tak delikatnie jak zawsze. Rzuciłam się na niego jak zwierzę. Tak za nim tęskniłam, za ciepłem jego warg. Wszystko szło idealnie, gdyby nie jeden mały drobiazg. Mięso się spaliło, a w całym domu było czuć odór spalenizny. Jasiek odskoczył ode mnie i podbiegł do piekarnika, który otworzył. Z urządzenia wydostał się szary dym.
- Chyba nie będzie obiadu. - powiedział zrezygnowany chłopak.
- Mi to nie przeszkadza. - zagryzłam dolną wargę, jednocześnie dając mu znak do działania.
Podszedł do mnie dumnym krokiem, złapał za policzki i przyciągnął do siebie, w tym czasie mnie całując. Jego ręce powoli zjeżdżały z moich pleców na pośladki. Kiedy do niech dotarł, automatycznie podskoczyłam i zaplotłam nogi wokół jego bioder jak to zawsze robiłam. Nie przerywaliśmy pocałunku, lecz coraz bardziej go pogłębialiśmy. Poczułam, że ruszyliśmy w stronę schodów, nie myliłam się. Janek wchodził właśnie po schodach kierując się do mojego pokoju. Nacisnął klamkę i jednym ruchem kopnął drzwi. Rzucił mnie na łóżko i ściągnął swój t-shirt. Położył się nade mną , kolejny raz całując. Jego usta błądziły teraz po mojej szyi, składając na niej mokre i delikatne pocałunki, na co wygięłam plecy łuk. Jasiek skorzystał z okazji i ściągnął moją szarą koszulkę. Poczułam się nieswojo, a moje mięśnie się napięły. Jasiek usiadł obok mnie.
- Chcesz tego?
- Bardzo, ale.. - schyliłam głowę ku dołowi.
- Ale? - podniósł mój podbródek. Musiał to zrobić, że popatrzyłam w jego oczy.
- Ale się boję.
- Czego?
- Nie wiem, nigdy tego nie..
- Ci.. spokojnie. Weź kilka oddechów.
Jak kazał tak zrobiłam. On złapał mnie za rękę, czym dodał mi otuchy. Teraz byłam już pewna, że tego chcę. Popatrzyłam mu jeszcze raz w oczy kiwając głową i usiadłam mu na kolanach i złapałam za policzki. Po raz kolejny poczułam jego wargi na moich ustach.
*******
Wiem, że większość na to czekała! Przyznajcie się! :D
On nadal się bał mojej reakcji, więc postanowiłam zrobić pierwszy krok. Przybliżyłam się do niego jeszcze bardziej, żeby poznał, że naprawdę nie mam do niego żalu. Staliśmy już tak blisko, że było czuć na moim czole jego nierówny oddech. Stanęłam na palcach, żeby lepiej widzieć jego twarz. Widać był na niej niepewność i przerażenie, które pewnie było spowodowane moją bliskością. Złapałam go za policzek. Czułam, że jego mięśnie powoli się rozluźniają. Jego oddech był już równomierny. Patrzyłam na niego, dając mu do zrozumienia, że może mi zaufać, a ja będę ufać jemu i to bezgranicznie.
- Czy my jesteśmy razem? - zapytał jakby bał się odpowiedzi.
- Nie wiem. - spuściłam rękę, wkładając ją do miętowych spodni, które miałam od wczoraj i odwróciłam wzrok.
Przypomniałam sobie, że mnie skrzywdził. Ja u wybaczyłam i ufałam bezgranicznie. Tylko te złe wspomnienia wróciły. Będę próbowała je kasować z mojej pamięci, ale boję się, że przy każdej kłótni, każdej chwili zamyślenia one będą wracać. Nie chcę tego, tylko jeżeli będę mu to wypominać, będę go krzywdzić. A tego nie chcę. Chciałam odejść i nalać sobie szklankę wody, żeby wziąć proszki, ale Jasiek mnie złapał za łokieć. Tak jak wtedy kiedy byliśmy w szpitalu, pokłóciliśmy się o ten wypadek i.. Wypadek. Krystian. Mój przyjaciel. List. Sukienka. Wigilia. Wszystko wróciło. Wczorajszy dzień nie był taki jak powinien. Nie było Wigilii z rodzicami, tylko płacz. Płacz, smutek, wiadomość o śmierci. Po raz kolejny w przeciągu 4 miesięcy poczułam pulsujący w mojej skroni ból. Nie miałam siły, upadałam. Czułam, że tracę przytomność. Słyszałam jakieś echo wołającego mnie męskiego głosu, czułam, że ktoś mnie podnosi, ale tylko tyle. Potem ogarnęła mnie pustka, ciemna pustka, w której było mi zajebiście dobrze. Zero problemów, tylko pustka. Jeszcze kilka dni temu nie chciałabym w tej ciemności spędzić, ani sekundy. Teraz chcę tu zostać. Powoli odpływałam, czułam się tak bardzo dobrze. Uśmiechałam się, widziałam ciemność, co wcale mnie nie martwiło. Nie pamiętam dokładnie co się dalej działo. Wiem, że leżałam na miękkiej powierzchni. Bardzo mi to odpowiadało. Dalej już nic.
Kilka godzin później
Leżałam na własnym łóżku. Czułam się taka ciężka. Jakbym cały tydzień piła wódkę i popijała winem. Moje powieki były ciężkie, ale miałam chęć, żeby wstać. Zeszłam z łóżka i oparłam się o biurko, żeby się nie wywrócić, ponieważ miałam mroczki przed oczami. Często mi się tak zdarza, a to wszystko przez ogólne osłabienie organizmu. Kiedy mi przeszło założyłam kapcie oraz szlafrok, który nałożyłam na zwykłą szarą koszulkę, w której najwyraźniej spałam. Chwila.. ja rano miałam bluzkę i miętowe spodnie. Czyżby Jasiek?
- Nie! - zaprotestowałam w myślach, uśmiechając się. Ale kiedy pomyślałam, że on nigdy mnie nie widział w samej bieliźnie plus byłam nieprzytomna to szybko ten uśmieszek spełzł z mojej uradowanej twarzy. Raczej byłam przerażona tym, że nie byłam na to gotowa. Chociaż.. niby nic się nie stało. Wzruszyłam ramionami i otworzyłam drzwi w celu opuszczenia mojego minimalistycznego pokoju. Nacisnęłam na klamkę i od razu dotarł do mnie wspaniały zapach soczystej karkówki. Wiem, że nie powinnam tyle jeść, ale dzisiaj są święta, zresztą w nosie mam te całe diety, które przypisał mi lekarz. Jak mam umrzeć to z pełnym żołądkiem i z mlekiem, w ręce, którego zresztą również nie mogę. Szybko zeszłam ze schodów i weszłam do kuchni, z której wydobywał się zapach. Tam stał Jasiek ze ścierką w ręce i czytaniu na blacie książki kucharskiej. Przy okazji trzymał kciuka w buzi, w który jak mniemam się oparzył. To był naprawdę śliczny obrazek. Taki słodki Jasiu na blacie, liżący kciuka i czytający książkę. Uśmiechnęłam się i zakasłałam, aby oderwać chłopaka od ciekawej lektury. On odłożył książkę i podszedł do mnie już pewniejszym niż wcześniej, krokiem. Posłał mi swój najcieplejszy uśmiech i podał mi szklankę wody oraz tabletki.
- Zapomniałaś leków. - powiedział.
- Co się stało?
- Zemdlałaś, ale już jest wszystko dobrze. - odpowiedział.
Połknęłam leki i odłożyłam szklankę do zmywarki. Wyprostowałam się poprawiłam włosy, na moich biodrach poczułam czyiś dotyk, który sprawił, że się po raz kolejny tego dnia się uśmiechnęłam.
- Emilka..
- Hm?
- Kocham Cię.
Odwróciłam się i popatrzyłam w jego brunatne tęczówki, w których widziałam tęsknotę. Tęsknotę za mną. Straciłam panowanie nad emocjami i pocałowałam go. Ale nie tak delikatnie jak zawsze. Rzuciłam się na niego jak zwierzę. Tak za nim tęskniłam, za ciepłem jego warg. Wszystko szło idealnie, gdyby nie jeden mały drobiazg. Mięso się spaliło, a w całym domu było czuć odór spalenizny. Jasiek odskoczył ode mnie i podbiegł do piekarnika, który otworzył. Z urządzenia wydostał się szary dym.
- Chyba nie będzie obiadu. - powiedział zrezygnowany chłopak.
- Mi to nie przeszkadza. - zagryzłam dolną wargę, jednocześnie dając mu znak do działania.
Podszedł do mnie dumnym krokiem, złapał za policzki i przyciągnął do siebie, w tym czasie mnie całując. Jego ręce powoli zjeżdżały z moich pleców na pośladki. Kiedy do niech dotarł, automatycznie podskoczyłam i zaplotłam nogi wokół jego bioder jak to zawsze robiłam. Nie przerywaliśmy pocałunku, lecz coraz bardziej go pogłębialiśmy. Poczułam, że ruszyliśmy w stronę schodów, nie myliłam się. Janek wchodził właśnie po schodach kierując się do mojego pokoju. Nacisnął klamkę i jednym ruchem kopnął drzwi. Rzucił mnie na łóżko i ściągnął swój t-shirt. Położył się nade mną , kolejny raz całując. Jego usta błądziły teraz po mojej szyi, składając na niej mokre i delikatne pocałunki, na co wygięłam plecy łuk. Jasiek skorzystał z okazji i ściągnął moją szarą koszulkę. Poczułam się nieswojo, a moje mięśnie się napięły. Jasiek usiadł obok mnie.
- Chcesz tego?
- Bardzo, ale.. - schyliłam głowę ku dołowi.
- Ale? - podniósł mój podbródek. Musiał to zrobić, że popatrzyłam w jego oczy.
- Ale się boję.
- Czego?
- Nie wiem, nigdy tego nie..
- Ci.. spokojnie. Weź kilka oddechów.
Jak kazał tak zrobiłam. On złapał mnie za rękę, czym dodał mi otuchy. Teraz byłam już pewna, że tego chcę. Popatrzyłam mu jeszcze raz w oczy kiwając głową i usiadłam mu na kolanach i złapałam za policzki. Po raz kolejny poczułam jego wargi na moich ustach.
*******
Wiem, że większość na to czekała! Przyznajcie się! :D
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

