Płakałam.. płakałam, dławiąc się łzami. Nie dość, że mojej małej Klementynki już nie ma to Krystianek.. tak bardzo nie chcę o tym myśleć. Chcę tylko zobaczyć mojego chłopczyka, mojego małego chłopczyka, którego nosiłam w brzuszku pod serduszkiem aż 8 miesięcy. A może tylko 8 miesięcy? Zapewne przez moją nieodpowiedzialność teraz jestem tutaj sama, Jasiek jedzie do mnie, zapewne ledwo "wyrabiając" na zakrętach, Krystian walczy o życie, a Klemysi już z nami nie ma. Nadal płacząc przejechałam moimi zimnymi dłońmi po brzuchu. Czując, że jestem pusta? Nie wiem jak to określić. Wiedziałam, że w moim brzuchu nie ma już życia, na które tak bardzo czekałam. Chowając głowę pomiędzy kolana, rozpłakałam się jeszcze bardziej, chociaż nie byłam pewna czy w tamtym momencie jest to jeszcze możliwe. Usłyszałam ciche skrzypienie drzwi, i z przyzwyczajenia spojrzałam w tamtą stronę. Zza białych, szpitalnych drzwi wyszła rozmazana postać. Rozmazana, z wiadomego powodu.. Łzy ograniczały moje pole widzenia, dosyć znacznie pogarszając mój wzrok. Poznałam, że postacią stojącą już w tym momencie obok mnie był Jasiek. Złapał mnie za dłoń, wyzwalając ją z ucisku drugiej dłoni. Podniósł ją lekko, ale ja nie zwracałam na to uwagi. Pocałował jej wierzch i usiadł na stołku, który wyjął z pod łóżka. Położył ją na łóżku, ciągle trzymając. Poczułam jak na moim nadgarstku, pojawiły się pojedyncze łzy, spływające nieregularnie. Po jakiś 5 minutach i Jasiek płakał. Chyba dowiedział się od lekarza co się stało. Nie wytrzymując wstałam z łóżka i podeszłam do okna, za którym świecił jasny księżyc. Po moich polikach spływały już tylko pojedyncze łzy. Łzy, których wcześniej nie umiałam opanować, teraz samoistnie zatrzymały się dając mi się zastanowić i odpocząć od ich natłoku.
- Emilia.. - Jasiek podszedł do mnie, obejmując mnie od tyłu i kładąc swoje czoło na moim ramieniu.
Nie odezwałam się, ani słowem. Nie miałam siły, jakby wszystkie dzisiejsze wydarzenia odebrały mi całą chęć do życia. Oparłam swoje dłonie o parapet. Patrzyłam w niebo, mieniące się jasnymi, mocno świecącymi gwiazdami. Powieki opadały i podnosiły się w wolnym tempie. Janek jak zaczarowany został w tej samej pozycji, zresztą ja też. Nieoczekiwanie Jasiek odwrócił mnie w swoją stronę i złapał swoimi drżącymi dłońmi za moje czerwone, podrażnione policzki.
- Nie płacz już, kochanie.
- Ale.. - głos mi się załamał.
- Ci.. - wtuliłam się w niego.
- Dlaczego? - powiedziałam.
- Dlaczego ja?! - w tym momencie nieznacznie podniosłam głos.
- Nie płacz, Emilia. - nie tylko mi łamał się głos.
Podniosłam wzrok patrząc się w jasną twarz bruneta, oświeconą przez światło księżyca, który był aktualnie w pełni. W jego oczach dojrzałam po raz kolejny szklanki.
- Dlaczego! - krzyknęłam.
- Za co! - nie powstrzymałam się i zaczęłam wymachiwać rękoma.
Byłam tak cholernie mocno rozbita. Tak cholernie mocno rozdarta uczuciowo. Czułam się beznadziejnie fizycznie jak i psychicznie.
- Cholera! Za co! Co ja zrobiłam, że Bóg mnie tak nienawidzi! Co! - krzyczałam Jankowi w twarz, nie przestając machać rękoma.
- Nie mów tak.. - Janek złapał je, a ja się wyrwałam.
Zaczęłam bić w klatkę piersiową chłopaka. Wiedziałam, że on nie jest niczemu winny, ale musiałam wyrzucić to wszystko z siebie.
- To moja wina! - krzyczałam.
- Emilia! - już tym razem mocniej zacisnął swoje dłonie, na moich nadgarstkach, abym się nie wyrwała.
W jednym momencie znowu się rozpłakałam. Miałam tak bardzo dość siebie. Brzydziłam się samą sobą. Wiedziałam, że gdybym była wtedy z Jaśkiem, gdybym nie była tak cholernie dumna i zazdrosna to nigdy nie straciłabym dziecka, a Krystian na pewno teraz byłby już tu, ze mną, z nami, ale nie! Moja cholerna zazdrość jest ważniejsza!
- Przepraszam.. - głos mi się łamał
- Nie masz za co to nie Twoja wina. - natychmiastowo wtulił mnie w swoją umięśnioną klatkę piersiową.
- Moja.. - płakałam.
- Gdybym wtedy nie poszła od Ciebie to prawdopodobnie siedzielibyśmy tutaj z naszymi dziećmi na rękach..
- Kochanie.. to niczyja wina. - Jaś też płakał.
Był wtedy taki niewinny. Nieśmiały, ale pewny siebie. Słodki, ale przerażony. Wiedziałam, że w głębi obwinia nie mnie, ale siebie. Tylko i wyłącznie siebie, gdyż pozwolił na oddalenie się ode niego.
- Nie płacz, damy radę. Ty, ja i nasz synek. - nie obwiniał mnie.
Kochałam go za to. Kochałam go za to, że chociaż sam był rozbity psychicznie i fizycznie, ale nadal mnie pocieszał i nie dopuszczał, abym ja znalazła się w takim stanie. Niestety to nie pomaga. Nadal boli jak diabli. Boli tak mocno jakby ktoś, z dużym zamachem wbił ci ostry niczym brzytwa, sztylet prosto w sam środek i tak mocno skrzywdzonego serca. Właściwie, sama nie wiem czy nie gorzej.
Byłam już tak bardzo zmęczona, tak bardzo, że zasnęłam ze łzami w oczach, wtulona w ciepłą klatkę Janka.
Godzina 8:00 nad ranem, następnego dnia.
Obudziłam się na łóżku, wtulona w pościel. Kiedy chciałam się przekręcić, coś uniemożliwiło mi ten ruch. To była ręka Jasia, trzymająca moją dłoń, na tyle mocno, jakbym miała opuścić go za chwilkę i to na zawsze.
Spojrzałam na chłopaka. Spał. Jego głowa leżała na szpitalnym łóżku. Delikatnie puściłam go i wstałam. Przeczesałam dłonią swoje włosy, podchodząc do okna.
- A gdyby faktycznie tak po prostu zniknąć?- przez moją głowę przemknęła dość dziwna, jak na mnie myśl.
- Gdyby wyjechać, zapomnieć, o Jasiu, o Krystianie, rodzicach. Zacząć wszystko od nowa i dać być szczęśliwym innym. Ja im to uniemożliwiam. Boję się, że będą przeze mnie niespełnieni, nieszczęśliwi. Dobrze by było jakbym uciekła, zniknęła z ich życia, raz na zawsze. Ten pomysł co raz bardziej mi się podobał, chciałam to złe określenie, ale musiałam to zrobić, żeby dać możliwość innym być szczęśliwym. Jedna smutna osoba za pięciu szczęśliwych. Tak, muszę to zrobić. Ale dopiero jutro rano, dzisiaj się muszę przygotować. Położyłam się na łóżku i położyłam swoją dłoń na policzku chłopaka. Był mokry, musiał jeszcze nie dawno płakać.
- Przepraszam, ale muszę. - powiedziałam, całując go w czółko, czym go obudziłam.
- Wstałaś już? Powinnaś odpoczywać. - pocałował moją dłoń.
- Nie jestem zmęczona.
- Jak się czujesz?
- Chciałabym zobaczyć się z Krystiankiem i rodzicami. Możesz to jakoś.. załatwić?
- Tak. - pocałował mnie krótko w usta i wyszedł, zapewniając, że wróci z dobrymi wieściami.
Ja w tym czasie wyszłam z sali, kierując się w stronę łazienki. Weszłam do pomieszczenia i spojrzałam w lustro. Wyglądałam okropnie. Spuchnięte od płaczu oczy, roztrzepane włosy, sucha skóra, spierzchnięte usta. Weszłam do kabiny, załatwiając swoją potrzebę.
Weszłam do sali, tam czekał na mnie Jaś z rodzicami. Zobaczyłam w ręce mojego taty torbę z moimi rzeczami. To dobrze, nie będę musiała martwić się o wygląd.
- Jesteś gotowa? Lekarz na nas czeka. - chłopak złapał mnie za rękę.
- Muszę się ogarnąć, bo wyglądam jak wampir. - uśmiechnęłam się blado, nie dając po sobie poznać moich planów.
- Tato.. podasz mi torbę? - zapytałam.
- Tak. - odpowiedział.
Podał mi torbę, a ja z powrotem wróciłam do łazienki. Ubrałam krótkie, szare dresowe spodenki i czarną bokserkę. Umyłam i wysuszyłam włosy. Zebrałam moje rzeczy i wróciłam do pokoju.
- Już jestem. Idziemy? - wszyscy spojrzeli na mnie ze zdziwieniem.
Pewnie myśleli, że nie poradzę sobie psychicznie i nie będę się zachowywać normalnie. Mieli rację, możliwe, że z zewnątrz wyglądałam na oazę spokoju, ale wewnątrz umierałam z niepokoju i byłam rozdarta emocjonalnie.
Jasiek kiwnął głową po czym złapał mnie za rękę. Kierowaliśmy się w stronę pokoju lekarzy. Jaś cicho zapukał, usłyszałam tylko ciche "Proszę". Weszliśmy do środka.
- Jesteśmy gotowi. - powiedział pewnie Janek.
- Dobrze, proszę za mną. - ruszyliśmy za lekarzem, który prawdopodobnie prowadził nas do mojego, do naszego dziecka, które przez moją głupotę, walczyło o życie. Przekroczyliśmy próg kolejnego, już trzeciego oddziału. Prawie na każdym kroku było widać chorych, cierpiących ludzi. Czuli się pewnie źle fizycznie i psychicznie, podobnie jak ja. Ale nie mogę o tym myśleć, wiem że nie liczy się moje szczęście, ale wszystkich innych, moich bliskich. Kiedy doszliśmy na odpowiedni oddział, weszliśmy do mniejszego pomieszczenia z szybą.
- Jest pani gotowa?
- Tak. - powiedziałam szeptem, czując, że jeżeli powiem to głośniej, momentalnie się rozpłaczę.
Oboje założyliśmy fartuchy i weszliśmy do pomieszczenia. Mój mały chłopczyk spał, spał w inkubatorze, walcząc jednocześnie o życie. Po moich policzkach spłynęły łzy, dające do zrozumienia, że to moja wina. Ze to, że w tym momencie cierpi to moja wina.
- Mogę z nim zostać na chwilę sama? - odwróciłam wzrok w stronę mojego chłopaka.
- Tak, ale..
- Proszę.
- No dobrze. - pocałował mnie w czoło, po czym wyszedł zostawiając mnie samą w pomieszczeniu.
- Hej mały. - kucnęłam przy maluszku, chcąc przyjrzeć mu się bliżej.
- Mamusia jest już przy Tobie.. niestety nie na długo. Zrozum, że chcę abyś był szczęśliwy, razem z tatusiem. Ja będę daleko, ale nigdy o Was nie zapomnę. Będę zawsze z Wami, będę w Twoim serduszku. Przykro mi, że musisz teraz przeze mnie tak cierpieć. Ale będzie już tylko lepiej. Będziecie szczęśliwi, ja też nie martw się. Pamiętaj mama Cię kocha i nigdy o tym nie zapominaj, kiedyś Cię odwiedzę, ale ty mnie nie będziesz widział. Kocham Cię. - wstałam i odeszłam, próbując się nie rozpłakać do maksimum.
Chciałam go dotknąć, ale wiedziałam, że sprawiłabym mu tym jeszcze większe cierpienie. Wyszłam z sali i złapałam rękę Jasia.
- Chodźmy.
- Nie płacz, kochanie. Już nigdy nie płacz, będzie już naprawdę dobrze. Mały cierpi, ale jeżeli w ten dzień będzie dobrze, to już nic się nie stanie. Będziemy szczęśliwi, razem. - miałam ochotę się rozpłakać.
Nie chciałam od niego odchodzić, sprawię mu tym ból, ale będzie lepiej, osobno.
- Chodź. - chciałam znaleźć się w pokoju, uciec i jednocześnie dać szczęście moim bliskim. Byłam pewna, że dobrze postąpię. Weszliśmy do mojej sali, gdzie czekali już moi rodzice.
- Skarbie, usiądź. - powiedziała mama.
Usiadłam na łóżku, po turecku, zakładając ręce na piersi.
- Wiem, że cierpisz teraz, ale masz dla kogo żyć. Masz mnie, tatę, Jasia, a przede wszystkim Małego. - złapała mnie za rękę, jakbym miała 10 lat, a ona mi tłumaczyła co się dzieję, jak się dorasta. Nasza rozmowa wtedy wyglądała tak samo.
Życie było tak piękne. Miałam 10 lat i jedyne czego się bałam to tego, że lada moment mogę dostać okresu. Chodziłam do IV klasy, gdzie liczyło się jedynie to jak bardzo różowy masz plecak. Życie było takie beztroskie, a ja tak za tym tęskniłam.
- Ale ja nie mam zamiaru popełniać samobójstwa.
- Wiem.. ale.
- Spokojnie. Mam prośbę.
- Jaką?
- Przywieziecie mi więcej ubrań i jakieś 3000 zł z moich oszczędności?
- No dobrze, ale.. po co?
- Chcę ładnie wyglądać nawet w szpitalu, a 3000 zł potrzebne mi, gdyż.. koleżanka ze szkoły chciałam pożyczyć przy odwiedzinach.
- Dobrze, kochanie.
- Skarbie.. - zaczęłam, odwracając się w stronę Janka.
- Zawołasz lekarza?
- Źle się czujesz? - zaniepokoił się
- Nie.. nic z tych rzeczy.
- Dobrze już idę.
Po jakiś trzech minutach wrócił Jasio, wraz z lekarzem.
- Możemy porozmawiać w cztery oczy? - zwróciłam się do rodziny. Wszyscy jak na zawołanie wyszli prócz Jasia.
- Mogę zostać?
- Tak.
- Więc o co chodzi, miła pani? - wtrącił się lekarz.
- Chciałabym uzupełnić dokumenty mówiące o tym kto jest ojcem, a kto matką, gdyż nie mam ślubu.
- Dobrze, proszę chwile poczekać.
Po chwili wrócił z czerwoną teczką w rękach. Wyjął kilka dokumentów. Podpisałam, gdzie miałam podpisać. Z niecierpliwością czekałam aż lekarz uzupełni rubryczkę "matka" oraz "ojciec". Chciałam aby Krystian był bezpieczny.
******
Przepraszam za brak rozdziałów. Sama Wam daj kij, żebyście mnie pobili. Jeszcze 1 rozdział i podsumowanie. Taki "epilog". Na wakacje mam naprawdę świetny pomysł, i nie chodzi tutaj o tego bloga. W wakacje będę uskuteczniać współprace z autorką jednego z świetnych i moich ulubionych blogów, czyli z Kingą Janiszewską, autorką "Love makes us liars"
http://love-makes-usliars.blogspot.com/#_=_
Jeszcze opiszę dokładniej całą tą sytuacje i jak to będzie wyglądać :D
Mam nadzieję, że rozdział się podobał. Jak myślicie Emilia robi słusznie uciekając? Napiszcie w komentarzach co o tym myślicie. Do zobaczenia.