wtorek, 30 czerwca 2015

Rozdział 1 Sezon II

Perspektywa Emilii

Jestem w Berlinie. Mieszkam z Maciejem i Kaśką. Maciej i Kasia to moi współlokatorzy z Polski. Nic o nich nie wiem i nie przeszkadza mi to, nawet prawie wcale nie rozmawiamy.. ale nie ważne.
Pracuję na zmywaku, na zmywaku w restauracji za rogiem. Nie mam przyjaciół. Nie chodzę na imprezy. wiem, że muszę zapomnieć i zacząć nowe życie. Muszę.. od dzisiaj. Właśnie! Wieczorem pójdę do klubu. Wiem, że nie powinnam tak robić. Powinnam mieć wyrzuty sumienia, że zostawiłam Jasia samego z Małym i rodzicami. Może myślicie, że jestem bezwstydna myśląc o zabawie, ale nawet nie wiecie jak bardzo to wszystko zżera mnie od środka. Mam dość, dlatego muszę gdzieś dzisiaj wyjść.
Z zamyśleń wyrwał mnie Max.
- Co ty dzisiaj taka smutna, ślicznotko?
Max to jednocześnie kelner i siostrzeniec właściciela restauracji. Ma jakieś 20-21 lat. Jest dla mnie bardzo miły.
- Ja? Chyba mnie z kimś pomyliłeś. - uśmiechnęłam się, wycierając talerz.
- Jakieś plany na dzisiaj? - przybliżył się do mnie, próbując mnie objąć.
- Ej! - walnęłam go ścierką, czując jak wsuwa mi palce pod bluzkę.
- Ała! Za co to? Przecież nic nie zrobiłem. - uśmiechał się do mnie, podnosząc ręce w geście obronnym.
- Serio? - popatrzyłam na niego zażenowana.
- To coś dzisiaj? - spojrzał na mnie, z niepewnym uśmiechem.
- Wyjdziemy do klubu?
- A to nie powinno być tak, że to ja Ciebie zapraszam? - zaśmiał się.
- Powinno. - powiedziałam, szczerząc się.
- Będę po Ciebie po 21. - powiedział odchodząc.
- Nie mogę się doczekać.
Wiem. Nie powinnam. Nie powinnam zdradzać Jasia. Chociaż pewnie takie zwykłe luźne spotkanie to nie zdrada, czuję się z tym okropnie. Mimo, że do Max'a nic nie czuję, to bardzo dobrze mi w jego towarzystwie i chcę, żeby został ze mną i pomógł mi. Chcę, aby ktoś był przy mnie. Ponieważ.. boję się. Boję się samotności.
Max nie wie, że nie jestem z Niemczech. Myśli, że po prostu wyprowadziłam się od rodziców. A, że Emilia to jedno z najczęstszych imion, to nie wypytywał się o nic, co dla mnie było bardzo wygodne.
Po przepracowanych 8 godzinach, wróciłam do domu o 18. Miałam jeszcze 3 godziny na wyszykowanie się. No chyba, że idiota Maciej zajmie łazienkę.. Kaśki nie ma. Pewnie jest w pracy. Zresztą jakoś zbytnio mnie to nie interesowało.
Przeszłam cicho przez całą kawalerkę, żeby nie zwrócić na siebie uwagi. Ale przecież nie byłabym sobą gdybym nie zahaczyła o stolik, i nie wywaliła się, oczywiście przy okazji go przewracając i tłukąc wazon z jakimiś uschniętymi badylami.Z pokoju wybiegł Maciej.
- E.. myślałem, że coś poważnego się stało. - zironizował idiota.
- Bardzo śmieszne. - wstałam, podpierając się o kuchenne krzesło.
- Może Ci pomóc?
- Ty? Haha, nie dzięki. - odwróciłam się od niego i schyliłam się, aby podnieść szkła.
Chłopak nadal nie opuszczał pokoju, czym mnie denerwował.
- Albo wiesz co.. przynieś mi szczotkę i szufelkę.
- Jak księżniczka sobie życzy.
- Nie jestem niczyją księżniczką.
Nikt nie mógł mnie tak nazywać! Jedyną osobą która miała do tego święte prawo był Jasiek, którego nie było, więc za cholerę nie miał prawa!
- Spokojnie.. - skierował się do łazienki, po przedmiot, który za dosłownie chwilę znalazł się w moich rękach.
- Przepraszam. - powiedziałam, zbierając szkła.
- Ej.. - złapał mnie za ramiona i delikatnie podniósł.
Moją głowę skierował w taki sposób, aby moje oczy były skierowane na jego.
- Spokojnie. Nie denerwuj się. Coś się stało?
- Nie.. ale. - powstrzymałam się od opowiedzenia całej mojej historii.
- Ale? - podniósł prawą brew, zadając mi pytanie.
- Nic.
- Pamiętaj.. może mnie nie lubisz, nie znasz nie w ogóle, ale kiedy będziesz miała problem to dzwoń, od razu przyjadę.
Nie wiem skąd u niego tyle empatii do mnie, ale jestem mu za to wdzięczna. Nie zna mnie, a chcę mi pomóc.
Bardzo cenię takich ludzi. Chcę pomóc, być blisko i mieć to wszystko bezinteresownie. 
- Dziękuje. - odwróciłam się i otarłam delikatnie niewidoczną prawie łzę.
- Posprzątasz to? Ja muszę się szykować na "randkę". - zapytałam.
- Tak, idź. Tylko przyjdź się pokazać.
Kiwnęłam głową i pobiegłam do łazienki.
Umyłam się, zrobiłam maseczkę i ułożyłam włosy. Wybrałam spódniczkę i koszulę. Umalowałam się i zapukałam do pokoju Maćka.




Tak mniej więcej wyglądałam

- Wejść! - usłyszałam głos zza drzwi. 
Niepewnie je uchyliłam, zaglądając do środka. 
- Jak przeszkadzam to mogę iść. - zrobiłam mały krok w tył. 
Chłopak momentalnie odwrócił się w moją stronę, a jego źrenice momentalnie się powiększyły. Kiedy się ocknął wstał i powiedział. 
- Dziewczyno! Jesteś naprawdę piękna. - podszedł i podniósł mnie do góry, okręcając w okół własnej osi.
- Postaw mnie. - mówiłam z uśmiechem. 
- Nie! 
W tym momencie usłyszałam dzwonek do drzwi. 
- To pewnie Max. Puść. 
- No dobrze. 
Maciej mnie postawił i wrócił na swoje miejsce. Ja poprawiłam sukienkę i wyszłam z jego pokoju. Podeszłam do drzwi wejściowych i otworzyłam je. 
- Witam. - uśmiechnęłam się do niego. 
- Hej. - pocałował mnie w policzek, na co lekko się zarumieniłam. 
- Idziemy? - zapytał po chwili ciszy. 
- Tak. - zabrałam torebkę i krzyknęłam: "Nie wiem kiedy wrócę, nie czekajcie na mnie!"
Nie usłyszałam odpowiedzi, więc zamknęłam za sobą drzwi i spojrzałam na Max'a. 

- No to co? Idziemy! 
- Idziemy! - odpowiedziałam podekscytowana. 
Zeszliśmy ze schodów i wyszliśmy z bloku. Od razu poczułam powiew chłodnego powietrza, przeczesującego moje blond, kręcone włosy. 
- Autem? - zapytałam. 
- Taksówką, bo mam zamiar się napić. 
- Dobrze. 
Zadzwoniliśmy po taksówkę i poczekaliśmy aż przyjedzie. 
- Opowiesz mi coś o sobie? - Max zaczął rozmowę. 
- A co chcesz wiedzieć? - próbowałam uciec od odpowiedzi.
- A wiesz, że pytaniem na pytanie się nie odpowiada?
- Wiem. - zaśmialiśmy się.

*******

Chciałam już dodać i zrobić Wam taki mały prezencik. Rozdziały będą tak 2-3 razy w tygodniu :)
Zapraszam do komentowania! :D

wtorek, 23 czerwca 2015

Rozdział 50/ Epilog

Perspektywa Jasia

Jakieś pół godziny po przebudzeniu byłem już w drodze do szpitala. Była godzina 7:30, bo wstąpiłem jeszcze kupić kwiaty. Dzisiaj mój skarb kończy 18 lat. Jest już pełnoletnia. Pomimo tego, że była od zawsze bardzo silna i dojrzała jak na swój wiek to teraz jest pełnoprawnie dorosła. Kiedy wrócimy do domu to urządzę jej naprawdę niesamowitą niespodziankę, ale teraz oboje musimy się zadowolić kwiatami.
Dojechałem na parking pod szpitalem i zaparkowałem auto. Szybko wysiadłem z pojazdu i zamknąłem. Skierowałem się niemal biegiem w stronę drzwi szpitala. Chciałem obudzić Emilię i od razu złożyć jej życzenia. Podszedłem do recepty, zapytałem się czy można już odwiedzić bliskich. Recepcjonistka nie miała jakichkolwiek przeciwwskazań, więc swobodnie ruszyłem do windy. Poczekałem chwilę, opierając się o ścianę. Zanim drzwi się otworzyły, poobserwowałem ludzi. Wszyscy tacy przygaszeni, cierpiący, smutni. Przeciwieństwo mnie. Ja wiedziałem, że teraz wszystko jest na najlepszej drodze.
Z Małym jest już lepiej, z Emilką również. Będę musiał zaprowadzić ją jeszcze do psychologa, ale radzi sobie już lepiej. Wszedłem do windy i nacisnąłem przycisk. Jechałem dosłownie jakieś 30 sekund, po czym udałem się do sali. Cicho otworzyłem drzwi. Cicho, ciemno - jeszcze śpi. Podszedłem do łóżka i usiadłem na stołku.
- Kochanie.. - zacząłem.
Nie odpowiedziała.
- Emilia.. - zacząłem potrząsać o jej ramię.
Znowu brak odzewu.
- Emilia!
Nic.
Odkryłem kołdrę i znalazłem powód braku odpowiedzi.
Jej tam po prostu nie było. Ale w pierwszej chwili pomyślałem, że poszła do łazienki. Niestety po jakiś 10 minutach czekania, nie było żadnego znaku życia przy drzwiach. Wybiegłem na korytarz i skierowałem się do łazienek. Tam również nikogo nie ma. Pobiegłem do sali Emilii i zajrzałem do szafy.
Tam.. nic nie było. Jednak po głębszym jej przeszukaniu znalazłem książkę. Odruchowo ją otworzyłem. Przysłowiowo "przeleciałem" wszystkie kartki. Jedna było ponad wyraz. Cała popisana. Tak, to było pismo Emilki.

Przeczytałem jej list. Był i dla rodziców, dla mnie i dla Krystiana.
Nie mogę uwierzyć w to, że nas zostawiła. Mój skarb, z którym miałem stworzyć rodzinę, tak po prostu uciekł. Bez pożegnania. Nic nie mówiąc. Nie chciałem lamentować i zgłosiłem to lekarzowi. Chciałem jej szukać, ale prawnie nie mam o tego podstaw, ponieważ od dzisiaj ma 18 lat. Zadzwoniłem do jej rodziców, którzy byli zszokowani, podobnie jak ja. Poprosiłem lekarza, o spotkanie z Krystianem. widząc w jakim jestem stanie zgodził się.
Podszedłem do inkubatora.
- Cześć Maluszku. Tata jest tutaj. Mamy nie ma i nie będzie. Damy radę sami. W końcu jesteśmy facetami. Lecz nie zapominaj, że mamusia Cię kocha i nigdy nie przestanie.

Perspektywa Emilii

Więc stało się. Już wszystko postanowione. Jestem w samolocie. Lecę do Berlina. Tam dam sobie radę. Dość dobrze znam angielski i niemiecki. Znajdę pracę.
No i przypomniało mi się, że dzisiaj kończę 18 lat. Jestem dorosła, odpowiedzialna, pełnoletnia, ale nigdy bym tak siebie nie opisała.
Ciekawe czy Jasiek i rodzice już wiedzą.
Jeżeli wiedzą to jak zareagowali.
Ciekawe jak się czuje Krystian.
Czy zapomni o mnie.
Czy Jasiek wie, że go naprawdę kocham.
Ciekawe co mi przyniesie jutro.
Jutro.. i w dalszej przyszłości.
Zaczynam wszystko od początku.

******

A więc taki krótki rozdział (czyt. epilog). Nie nie martwcie się, nie będzie od początku.
Koniec I sezonu. Tam na dole możecie napisać co się Wam podobało, a co nie.
A przez wakacje jest pomysł, że będą dwa blogi, ale zobaczymy.
Do zobaczenia z Emilią i Jankiem za 2 tygodnie! :D

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Rozdział 49

Wieczór, tego samego dnia

Jasiek cały czas siedział przy mnie, nie spuszczając ze mnie oka. Może domyślał się co planuje? Rodzice przywieźli mi ubrania i 1/4 kwoty, którą uzbierałam od wakacji, poprzedniego roku. Reszta zostaje dla Jasia i Krystiana, wystarczy im 9 tysięcy na ok. 3-4 miesiące. Janek też ma oszczędności, a ja sobie sama poradzę, znajdę pracę.
- O czym myślisz?
- O niczym.. - odwróciłam się w stronę chłopaka.
- Mam do Ciebie pytanie.. - zaczął niepewnie.
- Słucham.  - ukląkł, a ja byłam już pewna co chce mi powiedzieć.
- A więc. Czy spełniłabyś moje największe marzenie i sprawiłabyś, że budziłbym się obok Ciebie codziennie. Był z Tobą 24 godziny na dobę. Patrzył jak płaczesz i krzyczysz oraz jak się uśmiechasz, śpiewasz lub tańczysz. Czy zostałabyś moją żoną? Uczyniłabyś mnie tym szczęściarzem?- patrzył na mnie, trzymając w dłoni czerwone pudełeczko w kształcie serduszka ze srebrnym pierścionkiem z małym diamencikiem.
Nie wiedziałam co powiedzieć. W najbliższej przyszłości planowałam.. ucieczkę, a nie wesele oraz ślub. Oczywiście, że chciałabym budzić się obok niego każdego dnia. Przeżywać z nim każdą radość, smutek, rozpacz, strach, ale nie udałoby mi spełnić jego marzenia. "Być szczęśliwym." To było jego marzenie, a ja jak już wspominałam, byłabym przeszkodą do spełnienia go.
Jasiek widział moje zawahanie i szybko wstał.
- Przepraszam, że w takim miejscu. Tu zasługujesz na coś lepszego. Zbłaźniłem się..
- Nie o to chodzi. - przerwałam mu.
- To o co?
- Nie jestem gotowa.
- Nie musisz teraz odpowiadać. - położył dłonie na moich policzkach.
"Już nigdy nie odpowiem Ci na to pytanie, ale pamiętaj KOCHAM CIĘ".
W odpowiedzi jedynie kiwnęłam głową. Wiedziałam, że jeżeli podniosę ton głosu chociaż o półtonu, od razu się rozpłaczę. Janek dał znak, że mnie wspiera w każdej mojej decyzji i pocałował mnie w czoło.
- Jasiek..
- Hm?
- Idź do domu..
- Ale..
- Jesteś zmęczony.
- Nie chcę. Muszę być z Wami.
- Jutro do nas wrócisz.
- No dobrze. Wracam jutro o 7:00. - dał mi buziaka w nosek.
- Pamiętaj, że Cię kocham. - powiedziałam za nim wyszedł.
- Ja Ciebie też.
No i zostałam sama. Jest godzina 22:00, mam czas do ok. 5:00. Zaczęłam się przygotowywać. Z szafy wyjęłam torbę i zaczęłam przekładać potrzebne rzeczy. Spakowałam bluzki, spodnie, t-shirty, trzy pary butów, płaszcz i kilka bluz czy sweterków. W kieszeń torby włożyłam kosmetyczkę. Na jutrzejszą ucieczkę naszykowałam czerwoną koszulę z cienkiego materiału bez rękawków, krótkie, białe spodenki, biały żakiet, oraz czerwone trampki za kostkę. Nikt nie może rozpoznać, że jestem matką. Muszę ciągle ubierać się młodzieżowo. Spakowany bagaż włożyłam pod łóżko, a sama poszłam do łazienki, ażeby odświeżyć się przed podróżą. Spojrzałam w lustro. I zaczęłam mówić sama do siebie, nie wiem co mnie naszło.
- Przepraszam Was, ale nie mogę inaczej. Uciekam, ale cały czas będę z Wami w sercu. Może zachowuję się jak tchórz, ale nie jestem nim. Boli mnie tak samo jak Was. A no i pamiętam i nigdy nie zapomnę. - po tych słowach nie mogłam już na siebie patrzeć i od razu weszłam pod prysznic.
W głowie toczyła się prawdziwa wojna. Uciekać i dać być innym szczęśliwym czy zostać i być już na zawsze z Jasiem lub patrzeć jak Krystianek dorasta. Nie wiem, zdecyduje już tylko ta noc. Ale trzeba się jakoś z nimi pożegnać.. napisze list. Tak na wszelki wypadek.
Wróciłam do sali i rzuciłam się bezsilnie na łóżku. Czułam, że to ostatnie chwile w tym mieście. Szkoda tylko, że nie mogę się z nimi pożegnać "twarzą w twarz". Muszę zostawić list.
Z torby, wyjęłam książkę, którą dostałam żeby mi się nie nudziło i wyrwałam końcową kartkę. Spojrzałam na nią i zaczęłam pisać"
( do każdego jest osobny list! )

Cześć Mamo! Cześć Tato!
Nie wiem czy mogę Was tak nazywać po tym co zrobiłam. 
Opuściłam Was.. tak bardzo Was zawiodłam. 
Przepraszam. Wiem, że to nic nie zmieni, że nadal będziecie mnie nienawidzić,
ale chcę tylko i wyłącznie waszego szczęścia. 
Możecie mi nie wierzyć, mówić, że źle postępuje, ale 
kiedy to czytacie ja jestem już daleko. 
Nie szukajcie mnie, ale nie zapominajcie, ze mieliście kiedyś córkę, 
która była całym Waszym światem, i chociaż nie wiecie gdzie teraz jest to nadal 
ją gdzieś tam w głębi serduszka kochacie. 
Jeszcze raz.. 
Przepraszam i KOCHAM WAS! 

Po napisaniu dopiero pierwszego listu, kartka była już cała mokra od sączących się z moich oczu łez bezradności, ale pewności siebie. 

Jasiu.. 
Wiem, że nie wybaczysz mi tego co zrobiłam,
teraz Cię skrzywdziłam, ale wiedz, że kiedyś będziesz mi za to dziękował. 
Może i uważasz mnie za zimną sukę bez uczuć, ale nie gniewam się. 
Proszę nawet, abyś o mnie tak myślał... będzie Ci łatwiej zapomnieć 
i nie będziesz miał jakichkolwiek wyrzutów sumienia. 
Przepraszam, że zostawiam Cię samego, ale ja będę z Wami... 
sercem, nie duchem. 
Uwierz mi nie jestem Ci potrzebna do szczęścia. Masz Krystiana.
Jesteś młody, silny, pracowity, przystojny.. znajdziesz dziewczynę, która Cię uszczęśliwi. 
Nie martw się o mnie. 
Kocham Cię, kochanie. 

 Teraz dosłownie dławiłam się łzami. Nie ma słów, które mogłyby opisać jak bardzo się nienawidziłam. 
Witaj, Synku!
Kiedy to czytasz to masz jakieś 5-6 lat. 
Umiesz już czytać! Mamusia jest z Ciebie taka dumna. 
Znasz juz wszystkie litery. 
Pewnie mnie już nie pamiętasz, ale nie martw się jestem z Tobą w serduszku. 
I nie myśl sobie, że mama Cię nie kocha, wręcz przeciwnie. 
Mama kocha Cię jak nikt inny! 
Powiedz Tatusiowi, że mama Was kocha! 
Kocham! 
Twoja mama! 

Musiałam odłożyć już długopis. Czuję, że nie potrafię od tego momentu sklecić nawet najprostszego zdania. 
Poszłam spać, bo w końcu musiałam wstać przed godziną 6:00. 

Następny dzień. Godzina 5:30.

Obudził mnie dźwięk budzika, nastawionego dzień wcześniej. Od razu wstałam, nie ścieląc łóżka, zabrałam torbę i ubrania, od razu kierując się do łazienki. Przebrałam się i uczesałam. Szybko wyszłam z toalety, a z toalety do wyjścia. Nikt mnie o nic nie pytał co mi nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. Zadzwoniłam po taksówkę. Auto przyjechało po jakiś 10 minutach. 
- Dzień dobry. 
- Witam! Gdzie jedziemy? 
- Na lotnisko.. 

Jechaliśmy kolejne 1,5h. Pewnie będę musiała zapłacić dość dużo. Ale kiedy dojechaliśmy taksówkarz nie chciał nawet napiwka. Jak na taki smutny dzień, to zaczął się całkiem nieźle. 
Weszłam do pomieszczenia. Pomimo wczesnej pory, na lotnisku było pełno ludzi. Wszyscy się gdzieś śpieszyli, tylko ja miałam całe życie. Byłam.. wolna? Jednocześnie miałam rodzinę, ale byłam sama na tym świecie..

******

Jeszcze epilog!

sobota, 20 czerwca 2015

Rozdział 48

Płakałam.. płakałam, dławiąc się łzami. Nie dość, że mojej małej Klementynki już nie ma to Krystianek.. tak bardzo nie chcę o tym myśleć. Chcę tylko zobaczyć mojego chłopczyka, mojego małego chłopczyka, którego nosiłam w brzuszku pod serduszkiem aż 8 miesięcy. A może tylko 8 miesięcy? Zapewne przez moją nieodpowiedzialność teraz jestem tutaj sama, Jasiek jedzie do mnie, zapewne ledwo "wyrabiając" na zakrętach, Krystian walczy o życie, a Klemysi już z nami nie ma. Nadal płacząc przejechałam moimi zimnymi dłońmi po brzuchu. Czując, że jestem pusta? Nie wiem jak to określić. Wiedziałam, że w moim brzuchu nie ma już życia, na które tak bardzo czekałam. Chowając głowę pomiędzy kolana, rozpłakałam się jeszcze bardziej, chociaż nie byłam pewna czy w tamtym momencie jest to jeszcze możliwe. Usłyszałam ciche skrzypienie drzwi, i z przyzwyczajenia spojrzałam w tamtą stronę. Zza białych, szpitalnych drzwi wyszła rozmazana postać. Rozmazana, z wiadomego powodu.. Łzy ograniczały moje pole widzenia, dosyć znacznie pogarszając mój wzrok. Poznałam, że postacią stojącą już w tym momencie obok mnie był Jasiek. Złapał mnie za dłoń, wyzwalając ją z ucisku drugiej dłoni. Podniósł  ją lekko, ale ja nie zwracałam na to uwagi. Pocałował jej wierzch i usiadł na stołku, który wyjął z pod łóżka. Położył ją na łóżku, ciągle trzymając. Poczułam jak na moim nadgarstku, pojawiły się pojedyncze łzy, spływające nieregularnie. Po jakiś 5 minutach i Jasiek płakał. Chyba dowiedział się od lekarza co się stało. Nie wytrzymując wstałam z łóżka i podeszłam do okna, za którym świecił jasny księżyc. Po moich polikach spływały już tylko pojedyncze łzy. Łzy, których wcześniej nie umiałam opanować, teraz samoistnie zatrzymały się dając mi się zastanowić i odpocząć od ich natłoku.
- Emilia.. - Jasiek podszedł do mnie, obejmując mnie od tyłu i kładąc swoje czoło na moim ramieniu.
Nie odezwałam się, ani słowem. Nie miałam siły, jakby wszystkie dzisiejsze wydarzenia odebrały mi całą chęć do życia. Oparłam swoje dłonie o parapet. Patrzyłam w niebo, mieniące się jasnymi, mocno świecącymi gwiazdami. Powieki opadały i podnosiły się w wolnym tempie. Janek jak zaczarowany został w tej samej pozycji, zresztą ja też. Nieoczekiwanie Jasiek odwrócił mnie w swoją stronę i złapał swoimi drżącymi dłońmi za moje czerwone, podrażnione policzki.
- Nie płacz już, kochanie.
- Ale.. - głos mi się załamał.
- Ci.. - wtuliłam się w niego.
- Dlaczego? - powiedziałam.
- Dlaczego ja?! - w tym momencie nieznacznie podniosłam głos.
- Nie płacz, Emilia. - nie tylko mi łamał się głos.
Podniosłam wzrok patrząc się w jasną twarz bruneta, oświeconą przez światło księżyca, który był aktualnie w pełni. W jego oczach dojrzałam po raz kolejny szklanki.
- Dlaczego! - krzyknęłam.
- Za co! - nie powstrzymałam się i zaczęłam wymachiwać rękoma.
Byłam tak cholernie mocno rozbita. Tak cholernie mocno rozdarta uczuciowo. Czułam się beznadziejnie fizycznie jak i psychicznie.
- Cholera! Za co! Co ja zrobiłam, że Bóg mnie tak nienawidzi! Co! - krzyczałam Jankowi w twarz, nie przestając machać rękoma.
- Nie mów tak.. - Janek złapał je, a ja się wyrwałam.
Zaczęłam bić w klatkę piersiową chłopaka. Wiedziałam, że on nie jest niczemu winny, ale musiałam wyrzucić to wszystko z siebie.
- To moja wina! - krzyczałam.
- Emilia! - już tym razem mocniej zacisnął swoje dłonie, na moich nadgarstkach, abym się nie wyrwała.
W jednym momencie znowu się rozpłakałam. Miałam tak bardzo dość siebie. Brzydziłam się samą sobą. Wiedziałam, że gdybym była wtedy z Jaśkiem, gdybym nie była tak cholernie dumna i zazdrosna to nigdy nie straciłabym dziecka, a Krystian na pewno teraz byłby już tu, ze mną, z nami, ale nie! Moja cholerna zazdrość jest ważniejsza!
- Przepraszam.. - głos mi się łamał
- Nie masz za co to nie Twoja wina. - natychmiastowo wtulił mnie w swoją umięśnioną klatkę piersiową.
- Moja.. - płakałam.
- Gdybym wtedy nie poszła od Ciebie to prawdopodobnie siedzielibyśmy tutaj z naszymi dziećmi na rękach..
- Kochanie.. to niczyja wina. - Jaś też płakał.
Był wtedy taki niewinny. Nieśmiały, ale pewny siebie. Słodki, ale przerażony. Wiedziałam, że w głębi obwinia nie mnie, ale siebie. Tylko i wyłącznie siebie, gdyż pozwolił na oddalenie się ode niego.
- Nie płacz, damy radę. Ty, ja i nasz synek. - nie obwiniał mnie.
Kochałam go za to. Kochałam go za to, że chociaż sam był rozbity psychicznie i fizycznie, ale nadal mnie pocieszał i nie dopuszczał, abym ja znalazła się w takim stanie. Niestety to nie pomaga. Nadal boli jak diabli. Boli tak mocno jakby ktoś, z dużym zamachem wbił ci ostry niczym brzytwa, sztylet prosto w sam środek i tak mocno skrzywdzonego serca. Właściwie, sama nie wiem czy nie gorzej.
Byłam już tak bardzo zmęczona, tak bardzo, że zasnęłam ze łzami w oczach, wtulona w ciepłą klatkę Janka.

Godzina 8:00 nad ranem, następnego dnia.

Obudziłam się na łóżku, wtulona w pościel. Kiedy chciałam się przekręcić, coś uniemożliwiło mi ten ruch. To była ręka Jasia, trzymająca moją dłoń, na tyle mocno, jakbym miała opuścić go za chwilkę i to na zawsze.
Spojrzałam na chłopaka. Spał. Jego głowa leżała na szpitalnym łóżku. Delikatnie puściłam go i wstałam. Przeczesałam dłonią swoje włosy, podchodząc do okna.
- A gdyby faktycznie tak po prostu zniknąć?- przez moją głowę przemknęła dość dziwna, jak na mnie myśl.
- Gdyby wyjechać, zapomnieć, o Jasiu, o Krystianie, rodzicach. Zacząć wszystko od nowa i dać być szczęśliwym innym. Ja im to uniemożliwiam. Boję się, że będą przeze mnie niespełnieni, nieszczęśliwi. Dobrze by było jakbym uciekła, zniknęła z ich życia, raz na zawsze. Ten pomysł co raz bardziej mi się podobał, chciałam to złe określenie, ale musiałam to zrobić, żeby dać możliwość innym być szczęśliwym. Jedna smutna osoba za pięciu szczęśliwych. Tak, muszę to zrobić. Ale dopiero jutro rano, dzisiaj się muszę przygotować. Położyłam się na łóżku i położyłam swoją dłoń na policzku chłopaka. Był mokry, musiał jeszcze nie dawno płakać.
- Przepraszam, ale muszę. - powiedziałam, całując go w czółko, czym go obudziłam.
- Wstałaś już? Powinnaś odpoczywać. - pocałował moją dłoń.
- Nie jestem zmęczona.
- Jak się czujesz?
- Chciałabym zobaczyć się z Krystiankiem i rodzicami. Możesz to jakoś.. załatwić?
- Tak. - pocałował mnie krótko w usta i wyszedł, zapewniając, że wróci z dobrymi wieściami.
Ja w tym czasie wyszłam z sali, kierując się w stronę łazienki. Weszłam do pomieszczenia i spojrzałam w lustro. Wyglądałam okropnie. Spuchnięte od płaczu oczy, roztrzepane włosy, sucha skóra, spierzchnięte usta. Weszłam do kabiny, załatwiając swoją potrzebę.
Weszłam do sali, tam czekał na mnie Jaś z rodzicami. Zobaczyłam w ręce mojego taty torbę z moimi rzeczami. To dobrze, nie będę musiała martwić się o wygląd.
- Jesteś gotowa? Lekarz na nas czeka. - chłopak złapał mnie za rękę.
- Muszę się ogarnąć, bo wyglądam jak wampir. - uśmiechnęłam się blado, nie dając po sobie poznać moich planów.
- Tato.. podasz mi torbę? - zapytałam.
- Tak. - odpowiedział.
Podał mi torbę, a ja z powrotem wróciłam do łazienki. Ubrałam krótkie, szare dresowe spodenki i czarną bokserkę. Umyłam i wysuszyłam włosy. Zebrałam moje rzeczy i wróciłam do pokoju.
- Już jestem. Idziemy? - wszyscy spojrzeli na mnie ze zdziwieniem.
Pewnie myśleli, że nie poradzę sobie psychicznie i nie będę się zachowywać normalnie. Mieli rację, możliwe, że z zewnątrz wyglądałam na oazę spokoju, ale wewnątrz umierałam z niepokoju i byłam rozdarta emocjonalnie.
Jasiek kiwnął głową po czym złapał mnie za rękę. Kierowaliśmy się w stronę pokoju lekarzy. Jaś cicho zapukał, usłyszałam tylko ciche "Proszę". Weszliśmy do środka.
- Jesteśmy gotowi. - powiedział pewnie Janek.
- Dobrze, proszę za mną. - ruszyliśmy za lekarzem, który  prawdopodobnie prowadził nas do mojego, do naszego dziecka, które przez moją głupotę, walczyło o życie. Przekroczyliśmy próg kolejnego, już trzeciego oddziału. Prawie na każdym kroku było widać chorych, cierpiących ludzi. Czuli się pewnie źle fizycznie i psychicznie, podobnie jak ja. Ale nie mogę o tym myśleć, wiem że nie liczy się moje szczęście, ale wszystkich innych, moich bliskich. Kiedy doszliśmy na odpowiedni oddział, weszliśmy do mniejszego pomieszczenia z szybą.
- Jest pani gotowa?
- Tak. - powiedziałam szeptem, czując, że jeżeli powiem to głośniej, momentalnie się rozpłaczę.
Oboje założyliśmy fartuchy i weszliśmy do pomieszczenia. Mój mały chłopczyk spał, spał w inkubatorze, walcząc jednocześnie o życie. Po moich policzkach spłynęły łzy, dające do zrozumienia, że to moja wina. Ze to, że w tym momencie cierpi to moja wina.
- Mogę z nim zostać na chwilę sama? - odwróciłam wzrok w stronę mojego chłopaka.
- Tak, ale..
- Proszę.
- No dobrze. - pocałował mnie w czoło, po czym wyszedł zostawiając mnie samą w pomieszczeniu.
- Hej mały. - kucnęłam przy maluszku, chcąc przyjrzeć mu się bliżej.
- Mamusia jest już przy Tobie.. niestety nie na długo. Zrozum, że chcę abyś był szczęśliwy, razem z tatusiem. Ja będę daleko, ale nigdy o Was nie zapomnę. Będę zawsze z Wami, będę w Twoim serduszku. Przykro mi, że musisz teraz przeze mnie tak cierpieć. Ale będzie już tylko lepiej. Będziecie szczęśliwi, ja też nie martw się. Pamiętaj mama Cię kocha i nigdy o tym nie zapominaj, kiedyś Cię odwiedzę, ale ty mnie nie będziesz widział. Kocham Cię. - wstałam i odeszłam, próbując się nie rozpłakać do maksimum.
Chciałam go dotknąć, ale wiedziałam, że sprawiłabym mu tym jeszcze większe cierpienie. Wyszłam z sali i złapałam rękę Jasia.
- Chodźmy.
- Nie płacz, kochanie. Już nigdy nie płacz, będzie już naprawdę dobrze. Mały cierpi, ale jeżeli w ten dzień będzie dobrze, to już nic się nie stanie. Będziemy szczęśliwi, razem. - miałam ochotę się rozpłakać.
Nie chciałam od niego odchodzić, sprawię mu tym ból, ale będzie lepiej, osobno.
- Chodź. - chciałam znaleźć się w pokoju, uciec i jednocześnie dać szczęście moim bliskim. Byłam pewna, że dobrze postąpię. Weszliśmy do mojej sali, gdzie czekali już moi rodzice.
- Skarbie, usiądź. - powiedziała mama.
Usiadłam na łóżku, po turecku, zakładając ręce na piersi.
- Wiem, że cierpisz teraz, ale masz dla kogo żyć. Masz mnie, tatę, Jasia, a przede wszystkim Małego. - złapała mnie za rękę, jakbym miała 10 lat, a ona mi tłumaczyła co się dzieję, jak się dorasta. Nasza rozmowa wtedy wyglądała tak samo.
Życie było tak piękne. Miałam 10 lat i jedyne czego się bałam to tego, że lada moment mogę dostać okresu. Chodziłam do IV klasy, gdzie liczyło się jedynie to jak bardzo różowy masz plecak. Życie było takie beztroskie, a ja tak za tym tęskniłam.
- Ale ja nie mam zamiaru popełniać samobójstwa.
- Wiem.. ale.
- Spokojnie. Mam prośbę.
- Jaką?
- Przywieziecie mi więcej ubrań i jakieś 3000 zł z moich oszczędności?
- No dobrze, ale.. po co?
- Chcę ładnie wyglądać nawet w szpitalu, a 3000 zł potrzebne mi, gdyż.. koleżanka ze szkoły chciałam pożyczyć przy odwiedzinach.
- Dobrze, kochanie.
- Skarbie.. - zaczęłam, odwracając się w stronę Janka.
- Zawołasz lekarza?
- Źle się czujesz? - zaniepokoił się
- Nie.. nic z tych rzeczy.
- Dobrze już idę.
Po jakiś trzech minutach wrócił Jasio, wraz z lekarzem.
- Możemy porozmawiać w cztery oczy? - zwróciłam się do rodziny. Wszyscy jak na zawołanie wyszli prócz Jasia.
- Mogę zostać?
- Tak.
- Więc o co chodzi, miła pani? - wtrącił się lekarz.
- Chciałabym uzupełnić dokumenty mówiące o tym kto jest ojcem, a kto matką, gdyż nie mam ślubu.
- Dobrze, proszę chwile poczekać.
Po chwili wrócił z czerwoną teczką w rękach. Wyjął kilka dokumentów. Podpisałam, gdzie miałam podpisać. Z niecierpliwością czekałam aż lekarz uzupełni rubryczkę "matka" oraz "ojciec". Chciałam aby Krystian był bezpieczny.

******

Przepraszam za brak rozdziałów. Sama Wam daj kij, żebyście mnie pobili. Jeszcze 1 rozdział i podsumowanie. Taki "epilog". Na wakacje mam naprawdę świetny pomysł, i nie chodzi tutaj o tego bloga. W wakacje będę uskuteczniać współprace z autorką jednego z świetnych i moich ulubionych blogów, czyli z Kingą Janiszewską, autorką "Love makes us liars"
http://love-makes-usliars.blogspot.com/#_=_ 
Jeszcze opiszę dokładniej całą tą sytuacje i jak to będzie wyglądać :D 

Mam nadzieję, że rozdział się podobał. Jak myślicie Emilia robi słusznie uciekając? Napiszcie w komentarzach co o tym myślicie. Do zobaczenia.

niedziela, 14 czerwca 2015

Rozdział 47

Staliśmy przed szkołą jakieś 10 minut. Byliśmy tam razem, było ciepło, cicho, cudownie. Pamiętam jak wszedł do naszej klasy spóźniony. Wtedy połowa ładniejszych, chudszych, mądrzejszych lasek patrzyło na niego wzrokiem, jakby chłopaka nigdy nie widzieli. Ja pewnie też tak wyglądałam, ale nie.. ja widziałam tylko jego piękne, brunatne oczy, które ani w milimetrze się nie zmieniły. A najlepsze jest to, że teraz one są tylko dla mnie i tylko na mnie chcą patrzeć każdego poranka. Każde z nas jak sądzę myślało o czymś miłym, o wspólnych wspomnieniach. Zapomnieliśmy o wydarzeniach z przed 8 miesięcy. Teraz mamy wspólne plany, będziemy mieli dom, i co w tamtej chwili najważniejsze.. nasze dzieci. Dwójka małych, kochających nas, tak samo jak my ich szkrabów, wołających mama i tata! Tak to sobie wyobrażam.
- Idziemy? - wzrok Jasia skierował się na mnie.
- Tak. - odpowiedziałam, uśmiechając się.
Ruszyliśmy w stronę cukierni. Rozmawialiśmy, tak jak 20 minut temu, o głupotach. Pomimo tego, że jestem w ciąży i wyglądam jak beczka to nie jestem poważna. Zresztą nigdy nie będę. Doszliśmy do bramki przy cukierni i przekroczyliśmy jej próg. Otworzyliśmy drzwi, rozejrzałam się. Przy jednym stole siedziała kobieta z dzieckiem, przy drugim jakieś dziewczyny z gimnazjum, przy trzecim Weronika i Kinga, przy czwartym.. czekaj.. Weronika i Kinga?! Co one tutaj robią?! Weronika jest na drugim końcu Polski! Nie tutaj! Zerwała ze mną kontakty! A teraz siedzi tu z Kingą, jakby nigdy nic! Właśnie! Z Kingą nie rozmawiałam od 9 miesięcy...
- Jasiek.. - wskazałam głową na dziewczyny.
Kiedy je zobaczył, widocznie się spiął. Nie zrozumiałam dlaczego, ale widząc jego reakcje, mój oddech znacznie przyspieszył. Usiedliśmy przy wolnym stoliku, Janek próbował nie zwracać na nie uwagi, ale mu nie wychodziło i co chwila jego głowa co chwila kierowała się w stronę stołu dziewczyn.
- Coś się stało? -serce biło mi coraz szybciej.
- Nie.. - odwrócił głowę po raz kolejny.
- Co się dzieję! - podniosłam głos.
- Nic, Emilka, spokojnie. - złapał mnie za rękę, ale nie uspokoiłam się ani troszeczkę.
- Tak się bawić nie będę! - wstałam i krzyknęłam na całą cukiernie.
Wiem, że tak nie powinnam, ale to już nie ode mnie zależy. Jestem w ciąży z bliźniakami i mam swoje humory, a Jasiek zaczął mnie już denerwować. Widziałam, że i dziewczyny spojrzały się w naszą stronę. Ja wyszłam z budynku, żeby ochłonąć. Za mną niestety nikt nie wybiegł. Czekałam jeszcze przed cukiernią z około 5 minut, ale zrezygnowałam i poszłam w stronę domu. Było mi smutno, że mnie zostawił, ale nie jest moją własnością i ma do tego prawo. Szłam przez ulice miasta z delikatnie opuszczoną głową. Patrzyłam na moje buty. Zastanawiałam się nad wszystkim. Jestem w 32 tygodniu ciąży. Nie chcę zapeszać, ale oprócz tego incydentu, pomimo mojej choroby nic złego się nie stało. Chociaż było mi smutno, cieszyłam się z naszego szczęścia. Nie pytajcie mnie jak to możliwe, ale ciąża robi swoje. Szłam tak chodnikiem, zamyślona.. nagle poczułam, że upadam na podłoże.

Perspektywa Jasia

Ale ja jestem głupi.. pozwoliłem jej wyjść i nie pobiegłem za nią. Ale Kinga i Weronika. Po co one tu przyszły. Pewnie mają się spotkać z Natalią. Nie mają kontaktu z Emilką. Ja mam z nimi kontakt. Ale co ja mam jej powiedzieć, jeżeli znowu ją skrzywdzę nie będzie już szans na uratowanie naszego związku. Kocham ją, będziemy mieli dzieci, a ja ją nadal okłamuję. Muszę z dziewczynami wyjaśnić tą sprawę. A Emilce powiedzieć wszystko. Pewnie nadal się zastanawia skąd znam Kingę. Ale co ja jej powiem? Cześć kochanie! Pytałaś się mnie kiedyś skąd znam Kingę. A bo to taka stara historia. Dawno temu jak zarabiałem dużo to jeździłem.. powiedzmy szczerze.. jeździłem do pań do towarzystwa. Tak ładnie mówiąc oczywiście. A Kinga była jedną z nich. Może nie było tego widać. Ja ją z tego bagna wyciągnąłem. Robiła to nie dlatego, że nie miała pieniędzy, miała i to bardzo dużo. Robiła to, bo jej się to podobało. Nie rozumiałem jej. Lubiła uprawiać seks. Tak po prostu, a jak jeszcze jej za to płacili. Cudo. Tak mówiła. Ja bardzo ją polubiłem i pomogłem. Byliśmy razem. Dopóki ja się nie wplątałem w to całe gówno. No i się zaczęło. Biłem ją. Brałem narkotyki. Raz próbowałem zgwałcić. Uciekła ode mnie. Nie dziwię jej się. To dlatego na początku się mnie bała. Ale wytłumaczyłem jej wszystko. On zaś wyznała mi, że powróciła do prostytucji i wciągnęła w to Weronikę, a Natalia ma im załatwiać klientów. Pogmatwane, prawda? No, ale dobra.  
Kiedy wyszedłem z cukierni od razu skierowałem się w stronę domu Emilii. Niestety kiedy tam dotarłem.. nie zastałem jej w domu. Telefonu też nie odbierała. Ani ode mnie, ani od swojej mamy do której wcześniej zadzwoniłem. Bałem się. O nią, o Krystianka, o Klementynkę, martwiłem się o nich. Wiem, że nie powinienem ich zostawiać samych. Mam zostać ojcem, zarządzać domem, być mężem, powinna być ze mnie dumna. A na razie to jedyny powód jaki daje to powód do smutku i zastanawiania się czy dam sobie rade z taką odpowiedzialnością. Sam nie jestem pewien, ale wiem, że zrobię wszystko, żeby tak się stało. Żebym był godzien tych wszystkich, nadmienionych wyżej "tytułów". 

Perspektywa Emilki

Jestem w szpitalu. Tylko tyle wiem. Sama na sali. Ograniczona możliwość poruszania się i mówienia. Tylko cholerny ból z lekka załagodzony morfiną. Tyle, że ja nie wiem co się stało.. chociaż. Jakieś 10 minut temu był u mnie lekarz. Tłumaczył mi, że ciąża została rozwiązana. Chwila.. że co!? Urodziłam już?! Kiedy? Który dzisiaj jest? Przecież to dopiero 8 miesiąc! Nacisnęłam czerwony guzik na poręczy łóżka.. po jakiejś minucie przybiegła do mnie dyżurna pielęgniarka. - Dzień dobry. Czy coś się stało? - zapytała łagodnym głosem. - Co z moimi dziećmi! - Spokojnie, zawołam lekarza. Usiadłam na łóżku, opierając się o ścianę obok mnie i założyłam ręce na klatkę piersiową, wbijając sobie paznokcie w przedramiona, przysunęłam nogi do rąk. Spojrzałam w stronę drzwi, których próg przekraczał właśnie lekarz.
- Witam Panią ponownie.- powiedział bez emocji. 
- Co z moimi dziećmi?
- Przecież byłem jakieś 15 minut temu u pani i tłumaczyłem wszystko. - rozszerzył oczy na znak zdziwienia.
- Ale ja nic nie zrozumiałam... - skierowałam głowę ku moim zimnym stopom. 
- No dobrze.. a więc zasłabła pani. Przyczynę mamy nie wyjaśnioną, ale najprawdopodobniej niedobór niektórych minerałów albo zmęczenie czy też stres Upadek był tak duży i.. męczący? Nie wiem czy to dobre określenie, ale musieliśmy spowodować rozwiązanie ciąży., przez cesarskie cięcie.
- Ale co z moimi dziećmi! - krzyknęłam, unosząc jednocześnie ręce do góry. 
- Spokojnie. Niestety dziewczynka.. nie przeżyła, a chłopczyk walczy o życie. - rozpłakałam się automatycznie. 
- Proszę nie płakać, zaraz zawołam pielęgniarkę, aby dała pani coś na uspokojenie. 
- N.. nie.. nie trzeba. Proszę wyjść. - lekarz bez słowa opuścił salę, a ja płakałam. 
Sięgnęłam po telefon na szafce nocnej i spojrzałam na wyświetlacz. Nic nie widziałam, łzy które obficie wypływały z moich oczu, przysłaniały mi cały obszar widzenia. Ale po ciężkich trudach wybrałam jakoś numer do Jasia. Po dwóch sygnałach odebrał. 
- Emilka!
- Ja- Ja- Jaś? 
- Gdzie jesteś? Czemu płaczesz? 
- W-w- w szpitalu. - otarłam załzawione oczy. 
- Którym? 
- Tam gdzie zawsze. 
- Zaraz będę. - rozłączył się, a ja ciągle płakałam.

*******


Przepraszam Was za długą nieobecność. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Jeszcze tylko 2 rozdziały. Wiem, że się powtarzam, ale czy ma być drugi sezon, bo nie jestem pewna czy ktokolwiek chciałby to czytać później.. A wracając do rozdziału :D Rozdział pisany na weselu mojej cioci :) Tak wczoraj :P Nie miałam czasu pisać. Zapraszam do wyrażenia opinii w komentarzu :*


wtorek, 9 czerwca 2015

Rozdział 46

Kilka miesięcy później

Jestem w 7 miesiącu ciąży, jest lipiec. Rodzice.. jak to delikatnie powiedzieć.. nie byli zadowoleni. W pierwszym miesiącu po przyznaniu, nie odzywali się do mnie, ale zrozumieli, że to do niczego nie prowadzi. Byłam na studniówcę, zdałam maturę. Z jęz. polskiego 85%, z matematyki 97%, z angielskiego 75%, a z ustnego polskiego 80%. Jestem z siebie dumna. Jasiek miał podobnie i też bardzo dobrze zdał, pomimo tego, że podszedł do tego na luzie. Przynajmniej tak sądził. Skończyliśmy szkołę, Jasiek znalazł pracę w małym sklepie z elektroniką itp. nie zarabia kokosów, ale nie jest źle, ogółem dajemy radę. Stres związany z maturą nie był nieszkodliwy dla dziecka. W czasie matur wylądowałam w szpitalu z osłabieniem, ale tego samego dnia wyszłam, aby zdążyć na następny dzień do szkoły. Z Jaśkiem jeszcze nie mieszkamy razem. Tak. Jeszcze. We wrześniu mam się do niego przeprowadzić, razem z Krystianem i Klementynką. Chyba, zapomniałam wspomnieć, że to będą bliźniaki. Mam nadzieję, że wszystko się uda. Wszystko będzie cudownie. Boję się tego wszystkiego, ale fakt, że będę tworzyć nareszcie szczęśliwą, pełną rodzinę.
Jakiś miesiąc temu moi rodzice się rozstali. Okazało się, że te wszystkie delegacje czy późne godziny pracy nie były bezcelowe, wręcz przeciwnie, miały dokładnie wymierzony cel, tylko.. po co? Tak, mój ojciec zdradził moją matkę. No, ok. Nie kocha jej. Rozumiem to, tylko, że gdyby jej to powiedział, naprowadził, albo tak po prostu się wyprowadził. Ale nie! Nam kobietą trzeba zadawać ból! Ale po co delikatnie jak można od razu wsadzić nóż w kark i patrzeć na to jak upadamy, ciesząc się do samego siebie z naszego nieszczęścia! Dobra, nie ważne. Znaczy ważne, bo mój ojciec nie mieszka z nami i nie kontaktuje. Przysyła jeszcze alimenty na mnie, bo nie skończyłam nauki. Nie przeszkadza mi to, niech się odwali, niech wypieprza z naszego życia. Ja mam Jasia, mamę i będę miała dwójkę wspaniałych dzieci, które wychowam na dobrych obywateli i ludzi. Muszę się uspokoić, bo się zdenerwuję, a to nie będzie korzystne dla nikogo.
Leżałam na łóżku i czytałam moją ulubioną książkę pt. "Zostań, jeśli kochasz". Jest to książka o dziewczynie, która jest miłą i spokojna dziewczyną. Nic jej nie brakuje. Ma chłopaka, rodziców, pięknie gra na wiolonczeli. Jest szczęśliwa. Pewnego zimowego dnia, jechała z rodziną przez leśną drogę. Był mróz, więc było bardzo ślisko. Jej ojciec nie zdążył wyhamować i wylądowali w rowie, autem do góry kołami. W wyniku tego feralnego wypadku, staję się coś dziwnego. Mia- główna bohaterka całego opowiadania, przeżywa śmierć kliniczną i wszystko co dzieję się z jej rodziną i z jej ciałem obserwuję z perspektywy osoby trzeciej. Całe, główne wydarzenie jest przeplatane różnymi mniejszymi, ale równie ważnymi historiami z jej życia. Przypomina sobie osoby i zdarzenia, które miały duży przekład na jej przyszłość. W wyniku wypadku cała jej rodzina, niestety umiera. Z ciekawej lektury wyrwał mnie dźwięk telefonu. Spojrzałam na ekran. Dzwonił nie kto inny jak Jasio. Przeciągnęłam czarną kulkę na zieloną słuchawkę.
- Witam moją rodzinkę królewską.
- Witam króla.
- Jak się czujesz?
- Dobrze.
- Cieszę się. Wyjdziemy dzisiaj? Może na.. kolacje, albo do kina.
- Na lody.. dzisiaj jest tak gorąco. - sapnęłam do słuchawki.
- Jak księżniczka sobie życzy.
- Ja to się cieszę, że nie chce boczku z ogórkami, garściami jeść.
- Nie, na szczęście wolisz sok pomarańczowy, lody i czekoladę. - zaśmiał się.
- Bardzo śmieszne. O której będziesz?
- Ja już jestem. - w tym samym momencie usłyszałam dzwonek do drzwi.
Rozłączyłam się i zeszłam na dół. Otworzyłam drzwi. Jasiek podszedł do mnie, pocałował mnie i pogłaskał mój brzuch.
- Cześć Krystianek, znowu kopiesz?
- Nie tatusiu, dzisiaj dałem mamie spokój. - odpowiedziałam.
- A jak tam Klemetynka moja?
- Równie piękna jak jej przyszła rodzicielka. - zamrugałam zalotnie.
Poszliśmy do mnie do pokoju. Ja usiadłam na łóżku, a Jaś obok mnie.
- Gdzie idziemy? - spojrzałam na niego.
-  Do cukierni. Na ciacho.
- Ja nie wrócę do poprzedniej figury. - powiedziałam, załamując śmiesznie ręce.
- Wrócisz, kochanie. - przytulił mnie i pocałował w czoło.
Wiedział, że ciężko mi było czasami i miałam małe załamania, chcąc usunąć. Znaczy.. mówiłam tak w złości, ale kiedy brały mnie humorki, tak? Normalnie w życiu bym tak nie zrobiła. Podeszłam do szafki i zastanowiłam się w co się ubrać. Wybrałam czarną sukienkę z białymi kwiatami na biuście. Bardzo mi się podobała. Przebrałam się i poszłam do łazienki założyłam srebrną bransoletkę, zrobiłam delikatny makijaż i zaczesałam włosy na bok. Janek chodził za mną krok w krok i obserwował każdy mój ruch. Czułam się trochę speszona, że ktoś do tego stopnia interesuje się moim losem.
Podeszłam do lustra i przyjrzałam się sobie. Wyglądałam mniej więcej tak:



- Ale masz seksowną dziewczynę. - uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Wiem. - podszedł do mnie i mnie przytulił.
- Chodźmy już. - Janek mi przytaknął.
Zeszliśmy na dół. Ja założyłam czarne pantofelki na płaskim i zabrałam ze sobą torebkę. Janek w tym czasie poszedł do kuchni po kluczyki i zamknął drzwi. Wyszliśmy zza mojej działki i przeszliśmy przez ulicę jednocześnie znajdując się na chodniku. Szliśmy przez około 20 minut. Nie spieszyliśmy się. Mieliśmy dla siebie dużo czasu. Spacerując w stronę cukierni, rozmawialiśmy o wszystkim. Na poważnie i o głupotach. Przeszliśmy obok naszej szkoły. Znaczy szkoły, którą skończyliśmy.
- Zatrzymaj się. - powiedziałam.
- Coś się stało? - jego twarz automatycznie zbladła. 
- Nie. Popatrz. - wskazałam na okno, naszej byłej klasy.
- Tutaj wszystko się zaczęło..  - zrozumiał aluzję i dokończył za mnie...

sobota, 6 czerwca 2015

Rozdział 45

Czytał moje wyniki, ale był czymś zmartwiony. Nie okazywał tego, ale po jego ostrożnych ruchach i współczującym wzroku można było dostrzec "specjalne traktowanie" i diagnozę.
- Proszę na fotel. - wskazał ręką na fotel w rogu pomieszczenia, stojący obok aparatu do USG.
Położyłam się i starałam oddychać w miarę spokojnie, co nie było łatwe. Moja klatka piersiowa podnosiła się i opadała w szybkim tempie. Martwiłam się, ale musiałam się uspokoić, ze względu na dziecko, które nosiłam pod sercem, a któremu nie chciałam w żaden sposób zrobić krzywdy. Lekarz kazał mi odsłonić brzuch. Spełniłam jego nakaz i spojrzałam na Jasia. Widziałam jak jego oczy zrobiły się bardziej czarne. Był chyba lekko zły. Tylko nie rozumiałam dlaczego, nie rozmyślałam nad tym, skupiłam się na badaniu. Mężczyzna nalał na miejsce badania trochę przezroczystego żelu, przez co po moim ciele przeszedł nie miły dreszcz, spowodowany temperaturą żelu. Rozprowadził zimną substancje po moim brzuchu, taką kulką. Nie wiem jak to się dokładnie nazywa, ale chyba każdy wie o co chodzi. Jeździł przyrządem po mojej skórze i patrzył na ekran, czytając z niego jak z otwartej księgi.
- Widzi pani? - wskazał palcem na środek monitora.
- Ale co?
- To serca. - uśmiechnęłam się i spojrzałam na Jasia, dzieląc się z nim radością.
On odwzajemnił uśmiech. Patrzył na mnie jakby cała złość, którą wcześniej widziałam zniknęła. Podszedł do fotela, usiadł na stołku i złapał mnie za rękę. Lekarz tłumaczył nam coś jeszcze, cały czas jeżdżąc palcem po ekranie, ale jakoś specjalnie nie byłam na tym skupiona. Wyobrażałam sobie jak będzie, jak będzie kiedy dziecko się urodzi, jak będzie jeżeli będziemy razem mieszkać, jak będzie nam razem, we trójkę. Nagle do lekarza zadzwonił telefon.
- Tak. Dobrze. Za chwilę będę.
Przepraszam, ale będę musiał na 10 minut Państwa opuścić. Jest taka możliwość. - w odpowiedzi kiwnęłam głową na tak. Dr Woliński wyszedł, a ja odezwałam się do Jasia.
- Cieszysz się?
- Tak.
- To czemu byłeś zły?
- Wydawało Ci się. - pocałował mnie w rękę, którą trzymał.
- Patrz. - skierowałam głowę w stronę urządzenia.
- To dziecko. Nasze dziecko. - dodałam.
- Kocham Cię.
- Ja Ciebie też. - uśmiechnęłam się do niego rozpromieniona. Nie wiem dlaczego, ale byłam tego dnia wyjątkowa szczęśliwa. Za około 20 dni studniówka, a ja jako jedyna dziewczyna będę w ciąży. Zresztą jako jedyna dziewczyna będę ze swoim chłopakiem, którego kocham, a on kocha mnie. Proste? Proste. Jak bułka z masłem.
- Jak mu damy na imię?
- A dlaczego jemu? To będzie dziewczynka. - zaprotestował Jasiek.
- No dobrze, to jak damy jej na imię?
- Kornelia? Klara? Klementynka?
- Wszystko na "K"? - zapytałam unosząc głupio prawą brew.
- Bo lubię literę "K". - uśmiechnął się, pokazując swój aparat na zęby.
- A jak jednak będzie chłopczyk?
- Krystian. Tak, będzie Krystian. To jemu zawdzięczamy to wszystko.
- Dziękuje. - na moim policzku pojawiła się łza. Nie łza smutku. Wiele z Jaśkiem rozmawialiśmy na ten temat. Krystian był chory, chciał nas opuścić, aby się nie męczyć. Teraz jest szczęśliwy. Nie musi się o nic martwić. A ja nie mogę być na niego zła, że mnie opuścił. Mogę być na niego zła, że nie pozna mojej córki albo synka, ale nie jestem.
Jaś widział to, że myślę o Krystianie, więc przytulił mnie do siebie.
- Wszystko dobrze?
- Tak.
Z rozmowy wyrwał nas dźwięk skrzypiących drzwi, co oznaczało, że za chwilę wejdzie lekarz.
- Ja widzę, że Państwo sami się obsłużyli. - uśmiechnął się do nas tęgi, łysiejący, ale i bardzo miły Pan.
Zamknął drzwi i wytarł mój brzuch. Zeszłam z fotela i usiadłam na krześle przed biurkiem.
- A więc tak. - zaczął lekarz.
- Sprawa nie jest łatwa, ale to nie przekreśla wszystkiego. Nie będę owijać w bawełnę, powiem wprost. Choroba może zagrażać dziecku, tak samo jak i życiu pani. - Janek złapał mnie za rękę co dodało mi otuchy.
- W jaki sposób? - zapytał Janek.-
- Choroba sprawia, że pana partnerka jest osłabiona. Po prostu organizm może nie wytrzymać przeciążenia, że ma w sobie człowieka, który ma takie same potrzeby, czyli musi się odżywiać. Może przez to pani być bardziej osłabiona. Nawet najmniejszy wysiłek może być dla pani niebezpieczny. Każde nawet najmniejsze przeciążenie organizmu nie będzie, że tak powiem "dobre". Będzie musiała pani na siebie uważać. Chociaż to mało powiedziane. Każdy ruch będzie pani musiała przemyśleć, rozumie pani?
- Tak. - powiedziałam sztywno i bez emocji. Byłam oszołomiona tym co mi ten facet przed chwilą powiedział.
- Ja mogę pomóc jedynie oddziaływać na pani fizyczne objawy, ale to pani musi sobie wszystko poukładać w głowie. A więc tak. - zaczął wypisywać receptę.
Podał mi kartkę z lekarstwami i zalecaniami i pożegnał się. Wyszliśmy przed przychodnie, w ja wzięłam kilka oddechów, głębokich oddechów.
- Kotek, wszystko dobrze.
- Tak. - powiedziałam i skierowałam się do auta.
Janek otworzył mi drzwi, a sam obszedł samochód na około i wsiadł do auta.
- Musimy powiedzieć rodzicom.
- Nie dzisiaj, to za dużo..

czwartek, 4 czerwca 2015

Rozdział 44

Siedzieliśmy w ciszy. Janek ciągle patrzył na test ciążowy, pozytywny test ciążowy. A, więc tak. Mam 17 lat. Znaczy rocznikowo 18. Mam w tym roku studniówkę, maturę i jestem w ciąży. Co ja mam na testy z brzuchem chodzić?!
- Janek?
Nadal nie dawał znaku życia, siedział i tępo patrzył na te przeklęte dwie kreski.
- Powiedz coś! - krzyknęłam donośnie.
- Ale co? - popatrzył się na mnie, nie pokazywał żadnych emocji.
- Jak to co? Jestem w ciąży! Jasiek!
- Widzę.. - wszystko we mnie buzowało. Miałam ochotę rzucić się na niego, ale nie z miłości. Bardziej z wściekłości, która rozsadzała mnie od środka.
- Powiedz coś. - rozpłakałam się, byłam zmęczona i bezsilna.
- Kocham Cię.
Popatrzyłam się na niego tępym spojrzeniem. Otarłam łzy, które miałam na polikach.
- Kocham Cię. - powtórzył pewnie.
- Ale..
- Kocham Cię. - uśmiechnęłam się do niego.  Odwzajemnił uśmiech. Z pozycji w jakiej siedziałam, rzuciłam się mu na szyję.
- Ja Ciebie też. - powiedziałam szczęśliwa.
- Nie martw się. - oddalił się ode mnie na długość ramion.
- Co ja teraz zrobię?
- Powiemy Twoim rodzicom. Pójdziemy do lekarza, zrobisz badania, będziemy się cieszyć. Będziemy pełni radości, ja będę się Tobą opiekował. Będę rano, wieczór, w południe. Będę przy Tobie w każdej wolnej chwili. Będę z Tobą zawsze. Będę z Wami zawsze. - mówiąc to, dotknął mój brzuch.
Zaniemówiłam. Zaniemówiłam słysząc to, słysząc słowa, po których jestem pewna, że mnie kocha. Że nie opuści mnie. Że nie opuści nas.
- Dziękuję. - przytulił mnie.

Kilka dni później.

Pogodziłam się już z faktem, że będę matką. Dziwnie to brzmi "Emilka, mając 17 lat zaszła w ciąże i będzie matką." No.. ale ok. Jaś jest bardzo opiekuńczy, czasami to bardzo przesadza, ale to takie słodkie kiedy się o mnie martwi. Dzisiaj idziemy do lekarza. Jestem umówiona na 17:00, a jest 15:30. Przebrałam się w rurki i białą bluzkę oraz żakiet. Do tego dobrałam naszyjnik i buty na płaskim oraz plecak, który i tak będzie nosił Janek. Mówiłam, że przesadza.

















Po około 30 minutach przyszedł Jasiek. Zapakowaliśmy się do jego auta i ruszyliśmy do przychodni.
- Jak się czujesz?
- Bardzo dobrze. - uśmiechnęłam się do niego.
- To dobrze. - złapał mnie delikatnie za rękę, splatając nasze palce razem.
Patrzyłam się na nasze dłonie i uśmiechałam się sama do siebie, ciesząc się jego czułością w stosunku do mnie i do naszego dziecka. Nim się obejrzałam byliśmy już przed szpitalem. Wysiedliśmy z auta. Kilka metrów dalej znajdowało się wejście, więc mój kochany Jasio pozwolił mi nieść plecak. Przekroczyliśmy próg i poszliśmy w stronę recepcji. Pani z blond włosami i zielonymi oczami, ubrana w biały fartuch powiedziała, abyśmy się skierowali na prawo. Tak też zrobiliśmy. Przed nami były jeszcze dwie panie z brzuchami (brzydko powiedziałam, wiem). Miały ponad 30 lat. Czułam się dziwnie, bo ja 17-letnia dziewczyna z 18 chłopakiem, wyglądającym na 14 lat i dwie dorosłe i dojrzałe kobiety. Czułam jak patrzą na mnie takim jednocześnie pogardliwym i współczującym spojrzeniem. To było niemiłe? To było przykre, że ludzie myślą, że ja nie chcę tego dziecka. Może było tak na początku, ale naprawdę to się zmieniło. Teraz jestem szczęśliwa, że jestem z kimś kogo kocham, a dziecko będzie dowodem miłości. Dowodem, który będzie zawsze. Wiem, że mogę się z Jaśkiem rozstać w każdej chwili, ale nie zostanę już nigdy sama.
- Pani Emilia?
- Hm? - podeszła do mnie pielęgniarka.
- Pani kolej. - uśmiechnęła się do mnie, jednocześnie wskazując na drzwi pomieszczenia, w którym miało odbyć się badanie.
- Dziękuje.
Ruszyłam do gabinetu, a Jasiek za mną. Zapukałam.
- Proszę! - odezwał się głos, zza zamkniętych drzwi.
- Dzień dobry! - zaczął Janek.
- Witam, proszę usiąść. - wskazał na krzesła na przeciw jego biurka.
- Z czym państwo do mnie przychodzą.
- Bo robiłam test i wskazał, że jestem w ciąży. Chciałabym potwierdzić tę informację i dowiedzieć się o ewentualnych zagrożeniach, gdyż jestem chora na rzadką odmianą anemii.
Podałam lekarzowi wyniki moich badań z przed 4 miesięcy. Mężczyzna czytając je dziwnie kiwał głową, ale w sposób, który wyjątkowo mnie zmartwił.

*******
Przepraszam Was , ale zupełnie nie mam weny. Nic, zero, pustka w głowie.. No, ale kończymy opowiadanie. Sezon 2 pojawi się, ale dopiero za 2 tygodnie od zakończenia 1 sezonu. :D