piątek, 10 kwietnia 2015

Rozdział 11

- Ja..
- Janek! - już wtedy nie mówiłam, ja krzyczałam.
- Potrąciłem człowieka. - stałam z otwartymi szeroko oczami.
- Ale.. jak to?
- Uciekłem.
- Jaś, ale.. dlaczego? Przecież mogło mu się coś stać, nie pomyślałeś o tym?! - mówiłam do niego z pretensją.
- Wezwałem pogotowie... I policję, ale nie przedstawiłem się. - mówił, łamiącym się głosem.
- Zostawiłeś go tam! - miałam do niego wyrzuty.
- Ale on się nie ruszał! - podniósł głos.
- Tym bardziej nie powinieneś go zostawiać!
- Nie dałabym rady znowu patrzeć jak ktoś umiera! Nie rozumiesz?!- krzyczał. Ja stałam z otwartymi ustami.
- Jasiek, spokojnie. - próbowałam go uspokoić. Trzymałam go za kark patrząc mu w oczy.
- Jestem tu. - mówiłam cicho.
- Przepraszam. - schylił głowę.
- Damy radę. - próbowałam go pocieszyć.
- Emilka..
- Tak?
- Kocham Cię.
- Ja Ciebie też. - uśmiechnęłam się do niego całując go delikatnie w usta.
Sama nie wiedziałam co mówię. Nie dawno zerwałam z Alanem, przyrzekając sobie, że już nigdy się nie zakocham. A tutaj wyznałam chłopakowi miłość. Wszystko się popsuło, ale nadal zostaje przy tym, że prawdziwa miłość zdarza się raz na milion.
Usiedliśmy na łóżku, a Janek opowiedział mi co się właściwie stało. I jak to... ZNOWU patrzeć na śmierć człowieka?
- Jechałem do szpitala i słuchałem radia. Przejeżdżałem przez to skrzyżowaniu na Mickiewicza. Miałem zielone. Jakiś mężczyzna wszedł na pasy i nie zdążyłem się zatrzymać. Wysiadłem wołałem pomocy, ale nikt nie podszedł. Zadzwoniłem po pogotowie, wsiadłem i przyjechałem do ciebie. - mówił z zaciśniętymi zębami, powstrzymując łzy.
- To nie twoja wina. - patrzyłam w jego brunatne tęczówki.
- Ale o co chodzi z śmiercią? - przełknęłam nerwowo ślinę.
- Jeden z moich braci... nie żyje. Zginał na moich oczach. Popełnił samobójstwo. - łza spłynęła mu po policzku.
Byłam zszokowana, nigdy mi o tym nie mówił.
- Janek, ja nie wiedziałam. - mówiłam. Nadal nie pozbierałam się po tym co mi powiedział.
- Ale musisz zgłosić się na policje.
- Nie, proszę.
- Zrób to dla mnie.
- Nie mogą ci nic zrobić to nie twoja wina. - znowu patrzyłam mu w oczy.
- Kruszynko, ale ja się boję. Pierwszy raz w życiu tak cholernie się boje.
- Ale nie masz czego.
- Mam.
- Mianowicie?
- Że stracę najbliższą mi osobę. - nie byłam pewna o kogo mu chodzi.
Chyba wyczuł moją moją niepewność, bo powiedział.
- Ciebie, kochanie. Ciebie.
Nie byliśmy oficjalnie parą, więc.. nie wiedziałam czy mówi to na poważnie czy żartuje.
- Ale my jesteśmy razem? - zapytałam.
Jaś uklęknął i zaczął mówić.
- Droga, Emilio! Czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją, jak to się mówi.. "dziewczyną".
- No nie wiem, Janie. - starałam się nie śmiać.
- Poczekaj! - wybiegł z sali. A po chwili wrócił z pięknym bukietem białych tulipanów.
- A teraz? - pocałowałam go, przymrużając oczy.
-  To znaczyło tak?
- A jak myślisz głupku?
- Że tak. - powiedział z wymalowanym entuzjazmem na twarzy.

******

Jest coraz więcej wyświetleń :) Bardzo się cieszę. Nie wiem co napisać, bo nigdy nie byłam w tym dobra, ale dziękuje. Naprawdę!

1 komentarz: