sobota, 6 czerwca 2015

Rozdział 45

Czytał moje wyniki, ale był czymś zmartwiony. Nie okazywał tego, ale po jego ostrożnych ruchach i współczującym wzroku można było dostrzec "specjalne traktowanie" i diagnozę.
- Proszę na fotel. - wskazał ręką na fotel w rogu pomieszczenia, stojący obok aparatu do USG.
Położyłam się i starałam oddychać w miarę spokojnie, co nie było łatwe. Moja klatka piersiowa podnosiła się i opadała w szybkim tempie. Martwiłam się, ale musiałam się uspokoić, ze względu na dziecko, które nosiłam pod sercem, a któremu nie chciałam w żaden sposób zrobić krzywdy. Lekarz kazał mi odsłonić brzuch. Spełniłam jego nakaz i spojrzałam na Jasia. Widziałam jak jego oczy zrobiły się bardziej czarne. Był chyba lekko zły. Tylko nie rozumiałam dlaczego, nie rozmyślałam nad tym, skupiłam się na badaniu. Mężczyzna nalał na miejsce badania trochę przezroczystego żelu, przez co po moim ciele przeszedł nie miły dreszcz, spowodowany temperaturą żelu. Rozprowadził zimną substancje po moim brzuchu, taką kulką. Nie wiem jak to się dokładnie nazywa, ale chyba każdy wie o co chodzi. Jeździł przyrządem po mojej skórze i patrzył na ekran, czytając z niego jak z otwartej księgi.
- Widzi pani? - wskazał palcem na środek monitora.
- Ale co?
- To serca. - uśmiechnęłam się i spojrzałam na Jasia, dzieląc się z nim radością.
On odwzajemnił uśmiech. Patrzył na mnie jakby cała złość, którą wcześniej widziałam zniknęła. Podszedł do fotela, usiadł na stołku i złapał mnie za rękę. Lekarz tłumaczył nam coś jeszcze, cały czas jeżdżąc palcem po ekranie, ale jakoś specjalnie nie byłam na tym skupiona. Wyobrażałam sobie jak będzie, jak będzie kiedy dziecko się urodzi, jak będzie jeżeli będziemy razem mieszkać, jak będzie nam razem, we trójkę. Nagle do lekarza zadzwonił telefon.
- Tak. Dobrze. Za chwilę będę.
Przepraszam, ale będę musiał na 10 minut Państwa opuścić. Jest taka możliwość. - w odpowiedzi kiwnęłam głową na tak. Dr Woliński wyszedł, a ja odezwałam się do Jasia.
- Cieszysz się?
- Tak.
- To czemu byłeś zły?
- Wydawało Ci się. - pocałował mnie w rękę, którą trzymał.
- Patrz. - skierowałam głowę w stronę urządzenia.
- To dziecko. Nasze dziecko. - dodałam.
- Kocham Cię.
- Ja Ciebie też. - uśmiechnęłam się do niego rozpromieniona. Nie wiem dlaczego, ale byłam tego dnia wyjątkowa szczęśliwa. Za około 20 dni studniówka, a ja jako jedyna dziewczyna będę w ciąży. Zresztą jako jedyna dziewczyna będę ze swoim chłopakiem, którego kocham, a on kocha mnie. Proste? Proste. Jak bułka z masłem.
- Jak mu damy na imię?
- A dlaczego jemu? To będzie dziewczynka. - zaprotestował Jasiek.
- No dobrze, to jak damy jej na imię?
- Kornelia? Klara? Klementynka?
- Wszystko na "K"? - zapytałam unosząc głupio prawą brew.
- Bo lubię literę "K". - uśmiechnął się, pokazując swój aparat na zęby.
- A jak jednak będzie chłopczyk?
- Krystian. Tak, będzie Krystian. To jemu zawdzięczamy to wszystko.
- Dziękuje. - na moim policzku pojawiła się łza. Nie łza smutku. Wiele z Jaśkiem rozmawialiśmy na ten temat. Krystian był chory, chciał nas opuścić, aby się nie męczyć. Teraz jest szczęśliwy. Nie musi się o nic martwić. A ja nie mogę być na niego zła, że mnie opuścił. Mogę być na niego zła, że nie pozna mojej córki albo synka, ale nie jestem.
Jaś widział to, że myślę o Krystianie, więc przytulił mnie do siebie.
- Wszystko dobrze?
- Tak.
Z rozmowy wyrwał nas dźwięk skrzypiących drzwi, co oznaczało, że za chwilę wejdzie lekarz.
- Ja widzę, że Państwo sami się obsłużyli. - uśmiechnął się do nas tęgi, łysiejący, ale i bardzo miły Pan.
Zamknął drzwi i wytarł mój brzuch. Zeszłam z fotela i usiadłam na krześle przed biurkiem.
- A więc tak. - zaczął lekarz.
- Sprawa nie jest łatwa, ale to nie przekreśla wszystkiego. Nie będę owijać w bawełnę, powiem wprost. Choroba może zagrażać dziecku, tak samo jak i życiu pani. - Janek złapał mnie za rękę co dodało mi otuchy.
- W jaki sposób? - zapytał Janek.-
- Choroba sprawia, że pana partnerka jest osłabiona. Po prostu organizm może nie wytrzymać przeciążenia, że ma w sobie człowieka, który ma takie same potrzeby, czyli musi się odżywiać. Może przez to pani być bardziej osłabiona. Nawet najmniejszy wysiłek może być dla pani niebezpieczny. Każde nawet najmniejsze przeciążenie organizmu nie będzie, że tak powiem "dobre". Będzie musiała pani na siebie uważać. Chociaż to mało powiedziane. Każdy ruch będzie pani musiała przemyśleć, rozumie pani?
- Tak. - powiedziałam sztywno i bez emocji. Byłam oszołomiona tym co mi ten facet przed chwilą powiedział.
- Ja mogę pomóc jedynie oddziaływać na pani fizyczne objawy, ale to pani musi sobie wszystko poukładać w głowie. A więc tak. - zaczął wypisywać receptę.
Podał mi kartkę z lekarstwami i zalecaniami i pożegnał się. Wyszliśmy przed przychodnie, w ja wzięłam kilka oddechów, głębokich oddechów.
- Kotek, wszystko dobrze.
- Tak. - powiedziałam i skierowałam się do auta.
Janek otworzył mi drzwi, a sam obszedł samochód na około i wsiadł do auta.
- Musimy powiedzieć rodzicom.
- Nie dzisiaj, to za dużo..

4 komentarze:

  1. Ugh... znów nie jestem pierwsza :/

    Rozdział świetny ;) Ale jeśli coś się stanie dziecku to... Będzie źle xD
    Pozdrawiam =]

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniały Mila.Widzimy się na zawodach strażackich!!!
    Wspaniały. Czekam na następny dzisiaj.
    http://tylkonienawisc.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. jej mega rozdział czekam czekam czaekam ≠≠≠≠

    OdpowiedzUsuń